Nazywam się tak i tak, urodziłem się tu i tu; wydaje mi się że w gruncie rzeczy nie ma to aż tak wielkiego znaczenia. Myślę że gdybym od zawsze żył zupełnie gdzie indziej, pod inną szerokością geograficzną, wychowany w całkowicie odmiennych warunkach-esencja byłaby taka sama, pomijając różne detale i naleciałości które w istocie nie odgrywają większej roli i tak naprawdę są tylko czysto kosmetyczne. Wszyscy poruszamy się po jednej, wspólnej płaszczyźnie która co jakiś czas i co jakąś odległość trochę zmienia swój charakter ale jej fundamenty i pierwotne założenia wciąż są identyczne. Im więcej wiem i im więcej widzę, tym bardziej przychylam się do takiej opinii.
Zdecydowanie mógłbym być bardziej udany-prawda, ale również zdecydowanie mógłbym być o wiele mniej udany. Są momenty w których bliżej mi do pierwszej z tych obu konkluzji, są momenty kiedy dzieje się na odwrót; rozważania na temat tego do jakiego stopnia jestem udany a do jakiego nie to jedno z moich głównych życiowych zajęć i to od dawna, przypuszczam że chyba nigdy nie zajmę tutaj jasnego, sprecyzowanego stanowiska i że już zawsze będę bezowocnie roztrząsał tą kwestię. Chyba zresztą niepotrzebnie ale lubię myśleć.
Jestem teraz w Stambule, dawnej stolicy Cesarstwa Bizantyjskiego a później Imperium Otomańskiego, ale nie przywiązywałbym w tym momencie do tego większej wagi; jest to oczywiście niezwykle ciekawe miasto o którym można by bardzo długo i bardzo ciekawie gawędzić rozkładając je na czynniki pierwsze, ale w tym kontekście tylko potwierdza moją początkową tezę o uniwersalności wszystkiego. Ważniejsze i bardziej frapujące wydaje mi się teraz coś innego; piszę ten tekst długopisem kupionym dzisiaj na stambulskiej ulicy od biednej, małej dziewczynki bezradnie kluczącej między tłumami turystów, zaczepiającej ich dziecięcym paplaniem po turecku którego oczywiście zupełnie nie rozumiałem, ale domyślam się że niczym nie różniło się od zawodzenia tysięcy innych biednych, z trudem wiążących koniec z końcem handlarzy na całej planecie, najczęściej bez rezultatów nagabujących przechodniów (znowu ten uniwersalizm). Raz na jakiś czas w którymś z tych przechodniów-nieważne czy mówimy o Warszawie, Kijowie, San Francisco, Wenecji czy Stambule-odezwie się uczucie powszechnie nazywane litością a w jego sercu drgnie jakaś struna nakazująca mu pochylenie się nad losem tego który ma gorzej-ale co dalej? Naprawdę wrażliwy człowiek nigdy nie znajdzie odpowiedzi na takie pytanie; oczywiście możemy stwarzać masę teorii głoszących że tak było, jest i będzie, teorii bardzo często trafnych i słusznych-ale to chyba i tak za mało, zawsze pozostanie ta niepewność i dyskomfort, dlaczego u mnie poza tym że czasami brakuje mi na szlugi i że jestem zagrożony z chemii wszystko jest ok, a małe dziecko musi sprzedawać cudzoziemcom kupione wcześniej drożej długopisy pozbawiając się prze to tej całej mitycznej, a jednak prawdziwej i uniwersalnej beztroski która w jego wieku była moim udziałem? Dla tej dziewczynki już nie. Dałem jej za ten długopis jedną lirę, na pewno o wiele więcej niż jest wart, jedna lira to chyba sporo drożej niż jeden złoty. Nie piszę tego z ukrytą intencją pokazania siebie w takim dobrym świetle,jako wspaniałomyślnego, hojnego filantropa o wielkim sercu-tak naprawdę jestem tylko kolejną osobą która przez chwilę podda się takim refleksjom a potem wróci do swojego przyjemnego, przytulnego życia. Czy to znaczy że jesteśmy winni, odpowiedzialni? Nie, to z kolei zbyt melodramatyczne i naciągane. Ciężka sprawa, jak zresztą większość spraw.
Dochodząca godzina druga nad ranem, senność, zmęczenie po całym dniu łażenia po mieście, czekający na dole ojciec-to wszystko powinno mnie teraz skłonić do położenia się spać, ale za rzadko piszę z taką swobodą i lekkością jak tej nocy żeby móc sobie pozwolić na przegapienie takiego momentu. Za sobą mam okno z widokiem na Morze Marmara, azjatycka część Stambułu przyjaźnie mruga swoimi światłami. Przed sobą mam lodówkę i telewizor, na ścianie wisi duża mapa Turcji, obok niej na blacie stoi urządzenie które służy chyba do robienia herbaty. Na parapetach leżą różne mapy, przewodniki i ulotki reklamujące lokalne atrakcje. Zawsze irytowało mnie to że nie potrafiłem naprawdę realistycznie oddać mnóstwa rzeczy pisząc, wkurzałem się na brak środków potrzebnych do takiego odwzorowania, ale ten próbny, celowy opis wyszedł mi chyba nieźle, spodziewałem się gorszych efektów. Cały ten tekst jest tylko próbą, staraniami o złapanie wiatru w żagle, treningiem przed długim biegiem, biegiem co do którego ciągle nie mam pewności czy naprawdę chcę i powinienem brać w nim udział, ale czuję że jeżeli nie wezmę to nigdy nie będę naprawdę spełniony. Ten bieg nazywa się pisanie.
Morzem Marmara przepłynęła jakaś łódź. Nie jest to jeszcze prawdziwe morze tylko jakiś przesmyk, korytarz łączący ten akwen z cieśniną Bosfor i zatoką Złoty Róg. Mewy przez chwilę pokrzyczały, teraz słyszę tylko zegar i lodówkę. Chyba wystarczy.
Stambuł, 24.05.2010 r. 01:57
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz