poniedziałek, 23 listopada 2009

GALERIA MOKOTÓW

And the people bowed and prayed to the neon god they made

Simon & Garfunkel

Zawsze uważałem się za katolika, a na domiar złego jednego z ostatnich przedstawicieli tego ginącego gatunku nielicznych i osamotnionych dziwaków którzy traktowali tą religię poważnie. Kościół był dla mnie emanacją Chrystusa na Ziemi a w szlachetnych i mądrych działaniach Jana Pawła II czy Benedykta XVI zauważałem duch świętego Piotra, tego samego który miał w sobie tyle pokory że nie chciał umrzeć jak Zbawiciel. Co prawda, zdarzali się również papieże z nieco mniej chlubną kartą niż ci dwaj wspaniali przedstawiciele skłóconych niegdyś ze sobą narodów, że nie wspomnę o Borgiach czy chociażby Piusie XII na temat którego co bardziej złośliwi rozpowiadali pewne szkalujące plotki; no ale co z tego? Czy i Kefas nie miał kompromitujących epizodów w swoim życiorysie? A kto trzy razy wyparł się Pana przed zapianiem kura? No właśnie.
Wiara i nakazy Kościoła były dla mnie czymś jak najbardziej serio; mimo upływających lat ciągle pozostawałem prawiczkiem, bo mimo że nie narzekałem na brak tęsknych kobiecych spojrzeń, nie spotkałem jeszcze żadnej takiej dziewczyny z którą chciałbym spędzić całe życie uświęcone świętym sakramentem małżeństwa. Jasna Góra była dla mnie miejscem równie znajomym jak rodzime, wilanowskie osiedle. Swoją drogą poszczęściło mi się z miejscem zamieszkania...miałem blisko do powstającej Świątyni Miłosierdzia Bożego.

W dwudziestym szóstym roku życia, po skończonej architekturze i stażu ministranckim sięgającym Pierwszej Komunii, w skutek szczęśliwego zbiegu okoliczności, podjąłem pracę w pewnej dobrze prosperującej firmie. Było to spore przedsiębiorstwo którego najważniejszym zadaniem w tamtym okresie było zaprojektowanie lotniska w Mszczonowie o którym mówiło sie już od dawna. Zostałem zaangażowany do swoistej "grupy przywódczej". Pracowało mi się tam bardzo dobrze, mogłem wykazać się kreatywnością i świeżym spojrzeniem na problem, a zarobki były wysokie; pieniądze odkładałem na kupno kawalerki na Żoliborzu. Co prawda, muszę przyznać że moje pomysły zbudowania na lotnisku kaplicy dla pasażerów i ustanowienia urzędu lotniskowego kapelana spotykały się, delikatnie mówiąc, z pewnym niezrozumieniem u kolegów. Nie było to miłe, ale w końcu mamy w Polsce pluralizm i demokrację, zatem musiałem szanować ich postępowo-laicką odmienność. Mogłem nad tym ubolewać, ale w końcu Bóg dał ludziom wolną wolę.
Siedziba mojej firmy znajdowała się w nowoczesnym, szklanym biurowcu na Służewcu, skąd miałem blisko do pewnego specyficznego miejsca-chodzi o Galerię Mokotów. Z racji mojego zawodu, z czasem zacząłem coraz częściej bywać w tym ogromnym centrum handlowym, gdzie miałem okazję z nutką pogardy, ale przede wszystkim ze smutkiem i zadumą obserwować tych pustych, nihilistycznych ludzi których całym życiem była pogoń za produktami najmodniejszych marek. Przychodziłem do Galerii kilka razy w tygodniu na lunch czy kawę i za każdym razem moje prawe, katolickie serce trwożyło się na widok tego materializmu i braku jakiejkolwiek świadomości sacrum. Sączyłem powoli przy stoliku Cafe Latte, przegryzałem kurczaka z KFC albo sajgonkę od Chińczyków i przygnębiony dumałem nad tym jak bardzo w dzisiejszych czasach ludzie oddalili się od Boga....Kiedyś było inaczej, myślałem, wiara była prawdziwa, a wierni gorliwi, z przekonaniem zabijano heretyków i czarownice, katarzy, husyci czy inni cholerni hugenoci nie mieli lekko... co prawda, z punktu widzenia etyki miłosierdzia, trzeba to chyba potępić, ale liczy się zapał. Wolę zapał do złych czynów w imię Chrystusa niż zapał do pustego hedonizmu, dywagowałem sam ze sobą w te liczne spędzane w Galerii przedpołudnia zanim wracałem do pracy by wytężać umysł w szczytnym celu ofiarowania narodowi lotniska.

Moje kontakty z tymi szatańskimi przybytkami rozpusty, XXI-wiecznymi Sodomami i Gomorami, za jakie uważałem wtedy centra handlowe, nie zakończyły się na Galerii Mokotów. Po kilku miesiącach ze Służewca przerzucono mnie do biura naszej firmy które znajdowało się w Centrum;zmieniły się moje obowiązki w dziele budowy lotniska, tak więc i miejsce pracy. Tym razem miejscem moich przedpołudniowych wizyt na tle gastronomicznym stały się tzw. Złote Tarasy. I tak jak po Galerii Mokotów sądziłem że wiem już wszystko o stopniu zepsucia i upadku tego społeczeństwa, tak Tarasy z przerażającą brutalnością oznajmiły mi że najgorsze dopiero przede mną. Zezwierzęcona tłuszcza biegała od jednego sklepu do drugiego, jak nie H&M to Zara, jak nie Tommy Hilfiger to Lacoste...w księgarni Empik na półkach leżały albumy z perwersyjnymi aktami, znalazłem też bluźnierczą, obrazoburczą biblię ateistów, paszkwil pod tytułem "Bóg Urojony" jakiegoś Anglika o nazwisku Dawkins....stawałem się coraz bardziej bezradny w obliczu tego bezbożnictwa i grzechu, wizyty w Złotych Tarasach coraz gorzej na mnie wpływały, zaczęły mnie męczyć migreny i mdłości....czara goryczy przepełniała się wieczorami kiedy wracałem taryfą do Wilanowa (nie zebrałem jeszcze pełnej kwoty na żoliborską kawalerkę) i mijałem nowoczesne kluby takie jak Platinium, Hotl czy Utopia z których dochodziły mnie odgłosy wyuzdanej zabawy ludzi tylko kilka lat ode mnie młodszych. Oczyma wyobraźni widziałem to co dzieje się w tzw.darkroomach i te widoki tylko potęgowały stan mojego całkowitego zwątpienia w moralną kondycję swojego gatunku.

Z czasem zacząłem zapadać na zdrowiu. Początkowo objawy były niewinne a odpowiedzialność za nie zrzucałem na stres związany z pracą; zaczęło się właśnie od migren, ogólnego osłabienia organizmu i zwiększonego pocenia się. Dalszych symptomów nie mogłem już jednak tak łatwo zlekceważyć-kiedy któregoś dnia niemal nie mogłem zwlec się z łóżka bo czułem się tak słabo, za to kilka godzin spędziłem w łazience wymiotując, poczułem paraliżujący psychikę strach. AIDS? Absurd, przy moim ascetycznym trybie życia, całkowitej abstynencji seksualnej?!?!? Transfuzji krwi też nigdy nie miałem. Nowotwór? Niby jakim cudem, nigdy w życiu nie trzymałem w ustach papierosa, alkoholu nie piłem, nie wspominając o tym przekleństwie młodzieży jakim są narkotyki...co mi jest? dlaczego? dlaczego mnie, weterana służby ministranckiej, Oazowicza, członka Światło-Życie, wiernego syna matki którą jest Kościół karze się takim fizycznym cierpieniem?! Czyżbym miał podzielić los Hioba? No dobrze, wszystko co pochodzi od Boga w ostatecznym rozrachunku ma sens.... ale mimo wszystko nie chciałem cierpieć, tęskniłem za świetlaną wizją mszczonowskiego lotniska i eucharystią przyjmowaną z innymi wiernymi. Moi bliscy też szaleli z niepokoju, po kilku następnych takich dniach przyszedł do mnie lekarz i gruntownie przebadał. Zbolały i wyczerpany, z ciężkim sercem, przepełniony bolesnym poczuciem rezygnacji i pogodzenia z losem czekałem na wyrok obwieszczający mi kilka miesięcy albo tygodni życia. Ale nie tak miało być; doktor strapił się, podrapał się po głowie, skonfundowany rozejrzał się dookoła, powoli dobrał odpowiednie słowa i wreszcie się odezwał:
-Panie Jacku, nie wiem co Panu powiedzieć. Przyzwyczaiłem się do informowania śmiertelnie chorych pacjentów o ich prawdziwym stanie, nauczyłem się bez mrugnięcia okiem przekazywać im informację że trzy miesiące to maksimum. Tylko że w Pana przypadku, problem jest zupełnie inny; nie mogę zawiadomić Pana o nadchodzącej śmierci bo z medycznego punktu widzenia, nic Panu nie jest. Tak, to absurdalne, pana dolegliwości są bardzo niepokojące, ale co ja poradzę? Żaden rak, żaden AIDS, żadna gruźlica, żadne suchoty. Może to ma podłoże psychosomatyczne?Dać Panu numer do dobrego terapeuty? Ja tutaj nic więcej nie zrobię. No ale cóż, zdarzają się takie anomalie....do widzenia, proszę zadzwonić jeśli się Panu poprawi.
Odchodząc, mruczał sam do siebie: ja pierdolę.
Ta wizyta, zamiast mnie uspokoić, tylko jeszcze bardziej mnie przygnębiła. Eh, jednak Hiob, jednak Hiob...myślałem, z trudem ocierając pot z czoła przykryty grubą kołdrą i kocem. Muszę być silny....
W tym samym tygodniu odwiedził mnie ksiądz z sakramentem namaszczenia chorych;byłem przygotowany na najgorsze, więc wolałem na wszelki wypadek przygotować się na wejście do Królestwa Bożego. Moi rodzice i przyjaciele załamywali ręce, mama płakała po nocach a ja czułem się coraz gorzej, nie wstawałem już z łóżka, przystawiono mi basen na potrzeby fizjologiczne. Mijały tygodnie. I wtedy do niewyjaśnionych objawów fizycznych dołączyły psychiczne; zaczęły mnie męczyć okropne, nieprzyjemne, pełne gęstej symboliki halucynacje. Jako że nigdy nie brałem żadnych narkotyków ani nie cierpiałem na żadną chorobę duszy (w teście na psychotyczność przeprowadzonym w drugiej klasie liceum miałem najniższy wynik w roczniku) było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Przerażające doświadczenie. Halucynacje dotyczyły wszystkiego co było dla mnie najcenniejsze;widziałem w nich karykaturalnego, zniekształconego Jezusa tańczącego na parkiecie klubu, Jezusa jadącego samochodem i zatrzymującego się na widok tirówek, Jezusa wciągającego nosem amfetaminę, napadającego z nożem wystraszone dzieci i wyłudzającego pieniądze, Jezusa w t-shircie z krokodylem Lacoste. Śmiał się upiornie, pluł i kopał żebraków, przedrzeźniał jęki bólu pacjentów oddziału onkologicznego. Widziałem w halucynacjach położoną w sielskiej, wiejskiej okolicy domu mojej babci, rejonach w których w dzieciństwie spędzałem wakacje, olbrzymią szubienicę, wyrosłą na gruzach babcinej chatki. Stały do niej w kolejce zawodzące, umierające ze strachu dzieci do 12 lat. Tych mrożących krew w żyłach widoków było o wiele więcej, ale już nie wszystkie pamiętam;utkwił mi jednak w pamięci jeden szczegół. Zawsze, niezależnie czy widziałem tego strasznego Jezusa, szubienicę czy cokolwiek innego, moich uszu dobiegało jedno słowo,wypowiadane zimnym, okrutnym głosem:SKURWIAŁE. Dziwna forma tego popularnego rzeczownika, prawda? Też nigdy wcześniej się z nią nie spotkałem, ale od momentu pojawienia się halucynacji,SKURWIAŁE stało się moim nieodłącznym towarzyszem. Skurwiałe, skurwiałe, skurwiałe, skurwiałe. Ale właściwie co? That is the question.

W miarę narastania tego obłędu porozumiewanie się ze mną stawało się coraz trudniejsze, momenty trzeźwości pojawiały się coraz rzadziej i coraz bardziej się skracały; w najgorszym okresie świadomość wracała do mnie dwa razy dziennie, rano i wieczorem na jakieś niecałe 10 minut. Przez resztę czasu leżałem na przemian sztywny i rzucający się, z twarzą wykrzywioną grymasem przerażenia kilka razy na godzinę wydając nieartykułowane odgłosy. Trzech sprowadzonych przez matkę psychiatrów, każdy z innego ośrodka, zgodnie stwierdziło że sprawa jest beznadziejna, egzorcysta też machnął ręką. Próbuję sobie przypomnieć w jaki sposób się wtedy żywiłem, ale zaradni rodzice widocznie i na to wymyślili jakiś sposób bo summa summarum jednak nie umierałem.
Miesiąc po rozpoczęciu się halucynacji padła decyzja; jedziemy z Jacusiem na Jasną Górę, jednogłośnie stwierdzili rodzice. Ustawa przyjęta przez aklamację. Nie mam pojęcia w jaki sposób przetransportowano mnie do Częstochowy ale już dwa dni później leżałem na noszach w tym samym klasztorze którego niegdyś tak dzielnie bronił przed szwedzkim barbarzyńcą ksiądz Augustyn Kordecki do spółki z Andrzejem Kmicicem. Tym samym Kmicicem który pijany strzelał do portretów szlachty laudańskiej....gdyby żył dzisiaj, to na pewno oddawałby się rozpustnym uciechom w Platinium.
Z tamtej chwili pamiętam tylko pojawiające się na przemian twarze; Maryi spoglądającej na mnie ze swojego sławnego portretu i Jezusa, tym razem wśród innych rozganianych przez policję kibiców Legii i wymachującego kijem baseballowym na wszystkie strony. Matka odmawiała różaniec, ojciec modlił się w milczeniu. Potem stopniowo wszystko zaczęło się wyciszać, Maryja się oddalała, a Jezusa pałowali na komisariacie dobrze wypełniający swoje służbowe obowiązki policjanci. Przez chwilę chciało nawet mi się śmiać kiedy przez zaciśnięte zęby syczał "HWDP!" uginając się pod siłą policyjnego uderzenia....a potem widziałem go na sali sądowej w sprawie o rozbój i chuligaństwo, skutego kajdankami. Ale i to wkrótce znikło, widocznie już go zapuszkowali, jego, JEZUSA, tego najwspanialszego z synów człowieczych który umarł umęczon pod Poncjuszem Piłatem by dać nam życie wieczne....a jego matka w ogóle nie ingerowała, gdzieś daleko przechwalała się swoją cnotliwością na herbatce ze świętym Janem....ogarnęło mnie takie znużenie, takie śmiertelne zmęczenie, takie niewyobrażalne zwątpienie i poczucie bezsensu wszystkiego połączone z co i rusz pojawiającymi się przede mną szyldami marek odzieżowych, że zacząłem płakać . Płakałem bardzo długo, rodzice byli zaskoczeni ale równocześnie chyba i ucieszeni bo był to pierwszy odgłos wydany przeze mnie od dłuższego czasu który dało się podciągnąć pod jakąś powszechnie znaną kategorię. Czyli jednak Maryja zadziałała? Zasnąłem.

O dziwo, spałem spokojnie. Nie wiem co przez ten czas robili rodzice, ale chyba zostawili mnie pod opieką jakiejś zakonnicy, znikając w jakiejś knajpce żeby przy lampce wina odetchnąć i odreagować stres związany z moją, jakby nie patrzeć, niecodzienną sytuacją. Tymczasem ja zacząłem wpadać w dziwny, pionowy, fosforyzujący, tańczący tunel którym długo leciałem gdzieś na dół-uczucie porównywalne ze znajdowaniem się w środku tornada. Tak jak przez pierwsze minuty tego spadania bardzo się bałem, tak potem zaczęło mi to sprawiać przyjemność a nawet trochę bawić; w końcu jakaś przyjemna odmiana po tych szaleńczych wizjach zdeprawowanego Zbawiciela. Jednak kiedy minęło już jakieś półgodziny, a ja ciągle spadałem widząc dookoła siebie tylko i wyłącznie złoto-różowo-czerwono-fioletowo-żółte, błyskające ściany tunelu, zaczęło mi się nudzić i zapragnąłem jakiś mocniejszych wrażeń.
W końcu wylądowałem. Pod stopami czułem posadzkę a kiedy rozejrzałem się uświadomiłem sobie że doleciałem do....o zgrozo! Galerii Mokotów. Ruchome schody jeździły w górę i w dół, do lady w McDonaldzie ustawiła się długa kolejka, tak samo było przy kasie w kinie Cinema City nie mówiąc już o conajmniej pięciu osobach czekających na jedną przebieralnię w Zarze. Znowu poczułem dławiący strach, ale zaczął on ustępować miejsca uldze kiedy poszedł do mnie facet ubrany w buty Converse'a, koszulę Reserved i spodnie Levis'a. Miał krótko ostrzyżone włosy i lekki zarost, przyglądając mu się z bliska można było zauważyć szkła kontaktowe. Rozglądał się z kpiącym uśmieszkiem a widząc co bardziej zaaferowanych i zabieganych klientów, z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Na oko był moim rówieśnikiem.
Coś w tym facecie mnie uderzyło i wydało się znajome; może ten wzrok albo rysy twarzy, tak dziwnie podobne do rysów twarzy Boga z fresków w Kaplicy Sykstyńskiej namalowanych przez Michała Anioła? Tak!!! To Bóg!!! Czyli taki miał być finał moich cierpień, po tych wszystkich strasznych chwilach miałem porozmawiać z Bogiem-rówieśnikiem w Galerii Mokotów?! Przecież tego nie wymyśliłby nawet Sławomir Mrożek....
Nagle Bóg przybrał bardziej adekwatną do jego pozycji i rangi we wszechświecie postać; z dwudziestoparolatka zamienił się w nobliwego starszego pana we fraku i cylindrze z monoklem, żywcem wyjętego z XIX wieku. Ogarnęło mnie tak ogromne zdumienie, tak wielki szok, że omal nie zemdlałem. Naturalną koleją rzeczy zacząłem podejrzewać że to kolejna halucynacja, albo bardzo wyraźny sen, ale wszystko było zbyt namacalne i prawdziwe. W nagłym przypływie miłości i zachwytu rzuciłem się na kolana, ale Bóg szorstkim gestem podniósł mnie z podłogi i zniecierpliwionym głosem powiedział:
-Już się nie błaźnij, nie przepadam za zbytnim patosem...chodź, napijemy się kawy.
Po chwili siedziałem z Bogiem przy jednym stoliku w Coffee Heaven, tym samym do którego tak często chodziłem przed pracą. Bóg zdjął monokl, przetarł czoło chusteczką i powiedział:
-Na początku ustalmy pewne reguły skoro już mamy ze sobą rozmawiać. Nie zwykłem spoufalać się z ludźmi, dlatego zachowajmy takie relacje jakie istnieją pomiędzy starym, mądrym człowiekiem a nastolatkiem który nie jest już dzieckiem i ma na tyle oleju w głowie żeby traktować go jako partnera do dyskusji, ale równocześnie zbyt głupiego i zbyt infantylnego żeby uważać go za równego sobie. Bo chyba tak powinny wyglądać nasze wzajemne stosunki, prawda? Wobec tego Ty będziesz zwracał się do mnie per "Pan", ale bez zbędnego wazeliniarstwa, żadnego "Boże", bo tego nie lubię. Ja natomiast do Ciebie będę zwracał się per "Ty"-co by nie mówić, należy zachować pewien dystans.
-Oczywiście.
-Eh, Jacek-westchnął Bóg-nie udałeś mi się. Ale może to i lepiej, bo ta zabawka którą miał być człowiek wymknęła mi się spod kontroli. Nie tak to miało wyglądać...
-Ale....jak to?-nieśmiało zaintonowałem.
-Widzisz-odparł Bóg-nudziło mi się kiedy stworzyłem już kosmos, planety biegały już dookoła swoich gwiazd a meteoryty rzeźbiły ich powierzchnię. Z nudów wymyśliłem zwierzęta żeby nie było na tych planetach tak zupełnie pusto. Te zwierzęta miały trochę przypominać mnie, bo można przyjąć roboczą hipotezę że ja też jestem żywą istotą. Najbardziej wysilałem swój umysł wymyślając ostatni gatunek zwierząt, czyli człowieka. To miało być coś super ekstra, moja zabawka, maskotka, automat do którego ciągle trzeba coś wrzucać bo jak nie to się zatnie i przestanie działać, automat ze specjalnymi potrzebami które ciągle rosną. Byłem bardzo dumny ze swojej specjalnej zabawki której ciągle przybywało potrzeb, strasznie bawiło mnie że w przeciwieństwie do innych zwierząt nie mogą chodzić nago, tylko w futrach, że w przeciwieństwie do innych zwierząt nie poprzestaną na norach czy dziuplach, tylko muszą wymyślać sobie najpierw osady z lepiankami a potem coraz to bardziej rozbudowane miasta...kiedy powstał Babilon, to myślałem że padnę ze śmiechu, te ogrody Semiramidy....jaka ta zabawka jest śmieszna, ciągle utrudnia sobie życie, na siłę wymyślając coraz to nowsze, głupie potrzeby, kolejne rzeczy bez których nie mogą się obejść- a to ubrania, a to miasta, a to broń- a to wreszcie te idiotyczne PIENIĄDZE? Nie mogliby żyć tak jak pozostałe zwierzęta, bezstresowo i bezmyślnie? Przecież tak jest o wiele prościej! Ale pozwalałem im na te unieszczęśliwianie się-bo im więcej potrzeb, tym mniejsza szansa że wszystkie się zaspokoi, tym większe cierpienie. Dałem im coś na kształt rozumu i wolnej woli żeby mogli bez ograniczeń rzucać sobie dalej kłody pod nogi...eh, z perspektywy czasu wydaje mi się to trochę sadystyczne, kto jak kto, ale Bóg powinien być nieskazitelnie dobry. Biję się w piersi.
-O cholera....-wyrzuciłem z siebie-to co Pan mówi, jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem, zawsze powtarzano mi coś zupełnie innego, żadna monoteistyczna religia, czy to chrześcijaństwo czy islam,czy judaizm, nie twierdzi że stworzył Pan nas dla rozrywki żeby śmiać się z naszej głupoty dążenia do coraz większej ilości rzeczy....to dla mnie szok, ale chyba bardziej muszę wierzyć Bogu we własnej osobie niż jego ziemskim emisariuszom.....niemniej z tonu pańskiego głosu wnioskuję że coś się w pańskim planie nie udało, że sytuacja wymknęła się spod kontroli, że człowiek, ten automat do którego ciągle trzeba coś wrzucać, przestał się Pana słuchać?
-Otóż to Jacuś......dobrze kombinujesz.-odpowiedział ponuro Bóg ze wzrokiem utkwionym na dnie swojej filiżanki.-Było zabawnie do pewnego momentu; z perspektywy minionego czasu i tego co się stało, mogę tylko żałować że dałem wam wolną wolę...bez rozumu też spokojnie moglibyście się obejść, wtedy może świat byłby....lepszy?
Przerwał i podpalił papierosa;ciężki dym zawisł w gęstym powietrzu kawiarni. Bardzo mi to przeszkadzało, ale chyba każdy przyzna że w tak wyjątkowych okolicznościach, nawet ja, Jacek Broniewski, lider licealnej Ligi Antynikotynowej pod wezwaniem NMP, mogłem mieć związane ręce. Zresztą teraz to że Bóg pali, robiło na mnie najmniejsze wrażenie; zależało mi na tym żeby szybko przeszedł do sedna sprawy, więc ignorując dym, zacząłem go niecierpliwie ponaglać:
-Do rzeczy Panie Boże, do rzeczy. Jaki był ten punkt zwrotny? Kiedy przekroczyliśmy z naszymi śmiesznymi potrzebami i dążeniami jakąś granicę której mieliśmy nie przekraczać?
-Ten problem można by ująć trochę inaczej-powiedział Bóg, rozciągając się wygodnie w fotelu.-Niektóre przejawy waszej specyfiki, waszej odmienności od pozostałych zwierząt, tego że ciągle było wam mało, podobały mi się. Mam na myśli tutaj wszystkie osiągnięcia w sferze ducha, dziedziny życia które nazywacie filozofią, teologią, religią czy magią...wiesz,cała ta cholerna metafizyka. To was zbliżało do mnie, to wam coś dawało; ale dziwnym trafem zdecydowana większość z Was wybierała zupełnie inną ścieżkę rozwoju. Taką która w ogóle mi się nie podobała. Sokratesów, Jezusów, braminów, szamanów było niewielu-i ciągle jest ich za mało-a przynajmniej w porównaniu z całą ogromną rzeszą tych z Was którzy zamiast myślenia i wiary wybierali siłę, wyzysk i przemoc. Nigdy nie zastanawiałeś się dlaczego, z jakich to przedziwnych powodów, Historia zna więcej żołnierzy niż myślicieli? Nigdy nie zwrócił Twojej uwagi fakt że przywódcami wielkich, potężnych państw zostawali ludzie pokroju Cezara, Napoleona czy Hitlera-tak,tak,wiem że zaraz zaczniesz protestować, twierdzisz że nie można ich stawiać obok siebie, ale zrozum że dla mnie, Boga, to jedna banda-a nie ludzie pokroju świętego Franciszka, Buddy czy też Gandhiego? A zresztą po cholerę państwa....naprawdę nie byłoby Wam wygodniej pozostać zwierzętami? Ten cały wasz Rousseau miał sporo racji.
-Te całe zło o którym Pan opowiada, bo chyba właśnie je ma pan na myśli-bąknąłem-wynika z wolnej woli, prezentu od Pana, czyż nie?
-No tak-przytaknął cały czas zatroskany Stwórca, powoli drapiąc się po brodzie.-i niezmiernie tego żałuję. Ale przejdźmy do sedna sprawy, bo nie mam zbyt wiele czasu-w tym momencie spojrzał na zegarek-gonią mnie terminy, nie myśl że jesteście najważniejsi, muszę jeszcze dzisiaj wpaść do chyba sześciu innych wszechświatów, równoległych do waszego, w których czekają mnie o wiele poważniejsze problemy, takie przy których ten z wami to totalny lajt. Ciężkie jest życie Boga, tyle spraw na głowie....No więc tak. Już mi się nie chce. Juz mi się nie chce angażować, walczyć, przejmować się tym co się z wami dzieje. Skończyły się bezpowrotnie czasy w których frasobliwy, zmartwiony o los swoich kochanych dzieci Stwórca próbował-cały czas bezskutecznie-jakoś wam pomóc. Teraz mam na was wyjebane, radźcie sobie sami panowie magnaci. Jesteś ostatnim mieszkańcem planety Ziemia, tego układu słonecznego, tej galaktyki i w ogóle całego tego wszechświata z którym rozmawiam. Zamierzam poczekać aż sami się zniszczycie, tak samo jak mała dziewczynka której w zamierzeniu mająca mówić lalka, jednak tego nie robi, wyrzuca ją w kąt pokoju,czekając na moment w którym wyczerpią się jej baterie. Zresztą o czym ja mówię, jakie dziewczynki bawią się dziś lalkami...nieważne.
Przerwał i spojrzał na mnie, spodziewając się jakiejś gwałtownej reakcji z mojej strony; wydawało mu się że po tak groźnych i kategorycznych słowach wypowiadanych nie przez byle kogo, ale samego Boga, każdy powinien natychmiast się strwożyć i załamać ręce nad nieszczęsnym losem pozostawionego samemu sobie człowieka. Tymczasem ja uśmiechnąłem się tylko uśmiechem na wpół dobrotliwym, na wpół ironicznym, mówiąc:
-Boże, ma Pan tendencje do popadania w dygresje, mówiłem Panu to już? Poza tym Pana bezlitosne obwieszczenie nie jest dla mnie czymś nowym, podobne rzeczy już dawno mówili egzystencjaliści. Mieliśmy wystarczająco dużo czasu żeby przygotować się na to mentalnie.

Nie był przygotowany na tak zuchwałą odpowiedź; musiałem zbić go z tropu, bo przez dłuższą chwilę w ogóle się nie odzywał, aż wreszcie rzekł:
-No to może i lepiej się składa skoro, jak twierdzisz, i tak mnie już nie potrzebujecie. Chcę jeszcze tylko wyjaśnić dlaczego zdecydowałem się porozmawiać właśnie z Tobą, Jacek. Przyczyna jest bardzo prosta; jesteś, a przynajmniej byłeś, bo w Twojej ostatniej wypowiedzi pobrzmiewają już rebelianckie nuty, jednym z ostatnich frajerów którzy w tym świecie zdominowanym przez Wasze potrzeby, jeszcze we mnie naprawdę, a nie na pokaz wierzyli. Nie, to nie jest żadna nagroda-wcale tak bardzo mi się to nie podoba, bo przez tą swoją ogromną wiarę nie raz robiłeś rzeczy głupie i miałeś zamknięty umysł, ale ten upór, niezłomność i żarliwość...jakoś mi tam imponują. Nie jest chyba łatwo być fanatycznym katolikiem w czasach które częściowo są skrajnie hedonistyczne, a częściowo opanowane przez niekończącą się międzyludzką rywalizację, prawda? Ty byś się dobrze wykazał w średniowieczu, stworzylibyście niezły duet ze świętym Aleksym...no więc właśnie dlatego postanowiłem akurat Tobie przedstawić te krótkie wyjaśnienie. Myślę że na to zasługujesz, tym bardziej że ostatnio przeżyłeś spory szok stykając się z całym tak zwanym konsumpcjonizmem....Twoja reakcja, cierpienia fizyczne i przerażające halucynacje w których widziałeś zepsutego Jezusa- to świadczy o tym że Twoja wiara była naprawdę silna skoro wcześniej, żyjąc całe życie koło takiej kultury, tak bardzo Cię ona nie przytłaczała i dopiero bliskie zetknięcie zaowocowało takimi skutkami. Oj Jacuś, Jacuś, kiepska sprawa, naprawdę nie wiedziałeś że o wiele fajniej i przyjemniej jest spędzić cały dzień na shoppingu niż uczestniczyć w Najświętszym Sakramencie? Jesteś frajerem, oj tak, ale idealistycznym- i za to należy Ci się szacunek. Tymczasem jednak muszę Cię rozczarować; już przed chwilą wspomniałem że zostawiam Was samych sobie, bo odechciało mi się już zamartwiać Waszą głupotą, teraz dodam że będzie tylko gorzej. Ten fantom będzie się rozrastał i rozarastał do momentu aż jego kruche i słabe fundamenty nie będą już dalej mogły podtrzymywać olbrzymiej konstrukcji- i wtedy całość rozpierdoli się na setki tysięcy małych kawałeczków i każdy z nich zniszczy każdego z Was. To kwestia wielu lat, jeszcze nie raz będzie się Wam wydawało że jesteście szczęśliwi do momentu w którym nie zaczniecie się starzeć-co prawda starość na jakiś czas też odegnacie, ale nie uda się Wam osiągnąć nieśmiertelności. Wszystko jest skurwiałe....
-Słucham?-przerwałem mu zaskoczony.-Skurwiałe? Właśnie ten wyraz bardzo często pojawiał się w moich halucynacjach.
-No i słusznie-odpowiedział mój nieprzeciętny rozmówca-coś w Twojej głowie podpowiadało Ci jak jest naprawdę. No i ten straszny, zniekształcony Chrystus, naprawdę świetny facet, przez Was uważany za mojego syna... to też miało pokazać Ci że cały ten system wartości się zdewaluował. Wszystko jest skurwiałe i śmiercionośne. W dużym skrócie to tyle. Jakieś pytania?
-Nie, chyba nie....-wydukałem wstrząśnięty, w moim głosie nie było już tego butnego tonu co kilka minut wcześniej-chociaż nie, jedno pytanie chciałbym zadać-jak mam w takim razie żyć, jak odnaleźć się w zaistniałej sytuacji? Co robić? Czy istnieje jakieś wyjście awaryjne? Pewnie nie...ale wolę się upewnić.
-Hehehe-zarechotał Bóg, wyszczerzając zęby-dobrze że zapytałeś. No i muszę Cię uradować, dla Ciebie owszem tak. Doceniając Twoją niejednokrotnie głupią i bezmyślną wiarę, ofiaruję Ci pewne wyjście awaryjne.
I podał mi karteczkę z jakimś numerem telefonu.
-To jest mój numer-powiedział-teraz wrócisz na Ziemię, będziesz żył tak jak to uznasz za stosowne, ale jeżeli kiedykolwiek uznasz że nie dajesz już rady, to dzwoń, ja będę dawał Ci wskazówki, a jeżeli dojdziesz do wniosku że rzeczywistość jednak zbyt Cię przerasta i że marzysz już tylko o pójściu wpizdu, to ja Ci w tym pomogę, zabierając Cię do jakiegoś lepszego wszechświata. Bo trzeba Ci wiedzieć że istnieją wszechświaty lepsze i gorsze, taki to już byłem kreatywny. Wasz nie jest ani najlepszy, ani najgorszy, więc w sumie mieliście szczęście. Co za paradoks...no właśnie, mówiłem Ci że muszę jeszcze dzisiaj pozałatwiać kilka spraw w tych gorszych, dlatego będę już spadał...pamiętaj o telefonie. Jesteś jedynym mieszkańcem Ziemi którego tak uprzywilejowałem. No, na mnie już czas, trzymaj się.
Uśmiechnął się i podał mi rękę. Uścisnąłem ją, Bóg wstał od stolika i wyszedł z kawiarni, ja zaś zamówiłem jeszcze jedną kawę, ale pech chciał że filiżanka wciągnęła mnie do środka i znowu znalazłem się w tym samym tunelu którym wcześniej przybyłem do Galerii Mokotów z Jasnej Góry. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko-błyskawicznie wyzdrowiałem a wszyscy jednogłośnie uznali że to zasługa Najświętszej Panienki. Radości nie było końca. Po tygodniu wróciłem do pracy, gdzie urządzono na moją cześć ogromne przyjęcie-tego dnia wszyscy w biurze mieli wolne. Zacząłem z powrotem poświęcać się budowie mszczonowskiego lotniska. Jednak coś się zmieniło, nie byłem już taki jak dawniej.
******
Od tamtych wydarzeń minęło już sporo czasu, kilka ładnych lat. Jestem teraz zupełnie innym człowiekiem niż wtedy-skoro sam Jahwe powiedział mi jak bardzo nasze duchowe starania są bezcelowe bo i tak materializm weźmie górę, to po jaką cholerę mam teraz czymkolwiek takim się przejmować? Żyję teraz szybko, bez lęku i pierdolę wszelkiego rodzaju metafizyczne rozkminy. Jestem przystojnym, dobrze zarabiającym kawalerem po trzydziestce, ucieleśnieniem marzeń każdej sfrustrowanej mężatki o prawdziwym mężczyźnie. No i muszę przyznać że nie mogę się opędzić od tych mężatek-każda z nich znajduje w moich ramionach to czego nie mógł jej dać pierdołowaty, niezaradny mąż z kompleksami i brzuchem. Ubieram się tylko i wyłącznie w najdroższe marki-stać mnie! Starą Nokię już dawno wymieniłem na IPhone'a. Latem możesz spotkać mnie na Majorce albo otwierającego szampana na jachcie jakiegoś wysoko postawionego polityka, pokonującego Adriatyk. A właśnie, byłbym zapomniał-niedawno zostałem wybrany do Rady Warszawy z ramienia Platformy Obywatelskiej-jedynej słusznej partii, gwarantującej nam wszystkim rozwój i dobrobyt, nie to co te narodowo-katolickie oszołomy....a pomyśleć że ja też kiedyś taki byłem! Jeżeli chodzi o moją działalność jako radnego, to najbardziej zaangażowałem się w sprzeciw wobec idiotycznego pomysłu tych prawicowych kretynów-chcą zabronić handlu w niedziele.
Z numeru danego mi przez Boga nie skorzystałem ani razu.

KONIEC

Warszawa-Piaseczno-27.08.2009-25.10.2009

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz