dla wszystkich którzy chcą coś zrobić ale nie wiedzą co i to jest ich problemem; dla wszystkich niespełnionych
I.
Od ponad dwudziestu minut siedziałem przy biurku pochylony nad kartką papieru, bawiłem się długopisem i co jakiś czas kompulsywnie odgarniając grzywkę z czoła i przejeżdżając dłonią po kilkudniowym zaroście uporczywie zastanawiałem się jakby tu najlepiej, na miarę swoich możliwości, oddać sedno sprawy. Zadanie to przyszłoby mi, człowiekowi niewątpliwie nie aż tak głupiemu jak mogłyby wskazywać różne powtarzające się od lat, te same zachowania z o niebo większą łatwością gdybym miał chociaż cień pewności o jaką sprawę chodzi. Tymczasem niezbite, pewne przeświadczenie że taka sprawa istnieje, przeświadczenie porównywalne z tym jakie musi mieć papież na temat boskości Chrystusa, zamiast przynieść mi ulgę, dać chociaż małą nadzieję na to że w końcu tą sprawę odkryję po czym opiszę jej sedno, przysparzało mi tylko dodatkowych cierpień, trudnych do opisania i zrozumienia dla kogoś na swoje szczęście pozbawionego literackich aspiracji. Tak, świadomość istnienia sprawy którą muszę uwiecznić na wspomnianej już kartce papieru i niemożliwość dotarcia do niej były dla mnie bardzo przykre i dokuczliwe. Zacząłem się zastanawiać z jaką sytuacją mógłbym porównać ten straszny stan tak żeby ktoś komu ten frustrujący problem jest z założenia obcy mógł go dobrze zrozumieć. Po chwili uznałem że nienajgorszą analogią do mojej potępieńczej doli jest smutny los alkoholika który będąc osobą inteligentną i świadomą doskonale wie że nie może już dłużej pić jeżeli chce żeby jego życie stało na względnie niezłym poziomie, jednak nadal to robi bo nie potrafi inaczej. Ten sam rażący, nieprzyzwoity dysonans pomiędzy wiedzą o konieczności a niemożliwością jej zrealizowania…na dobry kwadrans zanurzyłem się w tych teoretycznych, abstrakcyjnych rozważaniach które nie dotykały żadnego konkretu tylko popisując się swoją elokwentną, intelektualną atrakcyjnością muskały jakieś obłe i mgliste zjawiska których badanie powinno być wyzwaniem dla psychologów a nie pisarzy. (notabene nigdy nie ceniłem psychologii a już zwłaszcza psychoterapię uważałem za konsumpcyjną fanaberię XXI wieku i miałem do niej nieco pogardliwy stosunek).
Dopiero hałas silnika podchodzącego do lądowania samolotu (moje aktualne warszawskie mieszkanie mieściło się w niedalekim sąsiedztwie lotniska) obudził mnie z tego na pozór głębokiego a w rzeczywistości miałkiego transu. Zamrugałem powiekami, wypuściłem długopis z dłoni który sturlał się z biurka na podłogę i z wściekłością uświadomiłem sobie że już dłuższy czas nie szukam sprawy której znalezienie winno być dla mnie najwyższym priorytetem tylko z lubością oddaję się jakimś czczym, pretensjonalnym dywagacjom o tym jak to bardzo nie jestem w stanie tej sprawy znaleźć. Uderzające swoim płytkim pseudointelektualizmem „refleksje” były dla mnie chlebem powszednim, czymś w rodzaju odciągającej mnie od swoich powinności umysłowej masturbacji bez której niestety nie mogłem się obejść.
Straciłem już sporo czasu i byłem zły. Dochodziło już południe, zegar za chwilę miał wybić dwunastą tym samym bezlitośnie przypominając mi o upływie kolejnego wakacyjnego dnia. Tydzień temu zakończyłem pracę w jednym sklepie odzieżowym i te dzielące mnie od planowanego na wrzesień zagranicznego wyjazdu tygodnie zamierzałem w pełni poświęcić na pisanie; z wiadomymi rezultatami. W momentach największej rozpaczy zaczynały nawiedzać mnie myśli których okrucieństwo pozbawiało mnie oddechu-a może ja wcale nie jestem do tego stworzony, skąd te urojenia? Te myśli były zbyt bolesne żeby je unieść, na szczęście jednak stosunkowo szybko mijały, bowiem mimo wszystko świadomość istnienia sprawy była na swój sposób krzepiąca i dodająca wiary we własne siły. W końcu byle kto nie wie że SPRAWA istnieje, nie myśli maniakalnie o tym że musi ją opisać…no ale wciąż jednak nie mogłem jej znaleźć.
Ale czasami wpadałem na jakiś trop. Cała sztuka w tym żeby umiejętnie nim podążać, trzymać się ścieżki aż do samego szczęśliwego końca….pozycja siedząca w tej chwili chyba mi nie służyła dlatego wstałem od biurka i poszedłem na balkon gdzie ze wzrokiem utkwionym w osiedlowe zabudowania zapaliłem papierosa. „Ok”, myślałem co jakiś czas napełniając płuca dymem, „odpuśćmy sobie te desperackie poszukiwania. Nic na siłę, w końcu sama się znajdzie. Skupmy się na czymś innym. W jaki by tu kostium ubrać sprawę? W jakiej scenografii ją postawić? Na jakiej scenie kazać jej zagrać ? WŁAŚNIE! Scena, scenografia….bingo. Kultura, albo jeszcze lepiej: POPKULTURA. To jest idealne tło dla sprawy, tam ją umieszczę. Popkulturowe nawiązania z reguły są zgrabne i chwytliwe…byle tylko robić to z klasą i szelmowskim urokiem. Dam sobie radę. No więc co z tą popkulturą?”
Nagle ze zgrozą zdałem sobie sprawę z faktu że od ponad dwóch miesięcy nie obejrzałem żadnego nowego filmu, moje pojęcie o tym co teraz dzieje się w Hollywood było bardzo mizerne, w muzycznym mainstreamie też orientowałem się coraz słabiej a wszelkie delikatne niuanse szołbiznesu pozostawały dla mnie niezbyt zrozumiałe. Tak, świat popkultury zamykał przede mną swe wrota, ta przyjazna, mrugająca planeta na której roiło się od ciekawych inspiracji (należało je tylko potraktować z dozą właściwej dla „młodych zblazowanych” ironii) oddalała się ode mnie by zagościć w pobliżu jakiegoś bardziej zasługującego na to gryzipiórka. Pomyślałem o smutnej śmierci Amy Winehouse. Na niewiele mi się to zdało. Potem o starym, zapomnianym romansie Q-Tipa z Nicole Kidman; nadal bez efektu. Dałem za wygraną po trzeciej próbie kiedy to książę William i Kate Middleton także nie okazali się być odpowiednim tworzywem do zbudowania tła dla sprawy jakakolwiek by się ona w końcu nie okazała. Daremne trudy, płonne nadzieje. Jak to mawiał klasyk- z tego związku nie będzie ładnych dzieci.
Zanim jeszcze zacząłem poważniej o tym myśleć, stanowczo odrzuciłem możliwość osadzenia sprawy na tle wysokiej sztuki o której mogłem wtedy powiedzieć jeszcze mniej niż o popkulturze. Potem już tylko surowo, bez większych dylematów odrzucałem następne kategorie; historyczną, techniczną, sportową, przyrodniczą, ekonomiczną i odzieżową. Doszedłem do punktu w którym nie miałem już nawet pomysłów na wymyślanie kolejnych niemożliwych do wykorzystania konwencji. Jeżeli ktoś chciałby wtedy zobaczyć człowieka idealnie otępiałego, to byłem najlepszym, bezkonkurencyjnym przykładem. Od punktu wyjścia czyli odnalezienia sprawy oddaliłem się tak bardzo jak Stalin od pierwotnych założeń marksizmu. Było fatalnie.
II.
Ale nawet na tym dnie na którym tak boleśnie wylądowałem, jakiś cichy, nieśmiały głosik podpowiadał mi że muszę wstać, zakasać rękawy i wziąć się w garść. Pierwszym, niezbędnym krokiem do tego był odpoczynek; praca umysłowa, zwłaszcza w niesprzyjających warunkach może być o wiele bardziej wyniszczająca niż fizyczna. Wiedziałem gdzie w Warszawie najlepiej mogę się zregenerować: wyłączyć myślenie, złapać trochę ożywczej energii od słońca i wiatru by potem ze wzmożoną siłą zasiąść do pracy. Tym miejscem było wybrzeże Wisły i to nieważne na jakim odcinku; równie zbawiennie działał na mnie zwykle gwarny i pełen popijających piwo młodych ludzi bulwar za Biblioteką Uniwersytecką jak dzikie, wyludnione zarośla po praskiej stronie. To obecność wody miała taki wpływ i teraz tylko ona, królowa polskich rzek mogła mi pomóc. Chwyciłem się mocno tej myśli po czym przepełniony pogodą ducha i optymizmem opuściłem mieszkanie i udałem się na przystanek tramwajowy.Jadąc z Włoch na Powiśle, z jedną albo i dwiema przesiadkami, postanowiłem że na ten dzień zapomnę o opowiadaniu które chciałem napisać czyli i o sprawie i o jej tle. To miał być relaks i z takim nastawieniem dotarłem wreszcie na brzeg największej rzeki uchodzącej do Bałtyku. O tak, właśnie tego potrzebowałem; nawet fakt że Wisła jest tylko rzeką i że drugi brzeg jest bardzo bliski (nigdy nie mogłem się z tym pogodzić, brakowało mi w tym rozmachu i ubolewałem że Warszawa nie leży nad jakimś porządnym akwenem, choćby nawet jeziorem nie wspominając o morzu) nie wydał mi się tak irytujący jak zazwyczaj. Ale co tam, i ta złość w końcu mi mijała kiedy rzeka uruchamiała swoje uzdrowicielskie dla duszy siły. Tak też było i tym razem. Z rozkoszą oparłem się o twardy beton, wyciągnąłem przed siebie nogi, odpaliłem Marlborasa i przyglądałem się starym blokom na Pradze, Mostowi Śląsko-Dąbrowskiemu po którym szybko mknęły udające się w stronę Wileńskiego tramwaje i autobusy (ten widok był dla mnie jedną z kilku kwintesencji „warszawskości” i zawsze rozpalał mi wyobraźnię) a jeszcze dalej wieżom Katedry Świętego Floriana. Z mojej głowy uciekały wszystkie myśli; i te małe i te duże, i te potrzebne i te zbędne. Zastępowałem je błogą pustką, wspomaganą przez delikatny wietrzyk i dyskretne, nienachalne promienie popołudniowego słońca. Pogoda była idealna; zresztą wszystko było teraz idealne. Było dobrze, było dokładnie tak jak miało być.
Poza mną na nabrzeżu przebywało jeszcze trochę innych ludzi-kilku kumpli przyszło porozmawiać przy piwie, dwie pary były zajęte wyłącznie sobą i równie dobrze mogłyby siedzieć w dowolnym innym miejscu bo najwyraźniej rzeka nie była im do niczego potrzebna. Ktoś biegł, ktoś spacerował z psem, ktoś jechał rowerem. Nieco dalej, bliżej Mostu Świętokrzyskiego, na ostatnim stopniu szerokich, betonowych schodów tuż przy wodzie przy rozstawionych sztalugach stała niewysoka dziewczyna i coś malowała. Była szczupłą brunetką ubraną w ciemną bluzkę na ramiączka przykrytą pstrokatym, zwiewnym szalem (mogła to też być chusta) i spodnie szarawary. Stała boso obok porzuconej pary sandałów i widać było że jest w pełni poświęcona swojej pracy. Co jakiś czas odrywała wzrok od płótna i zastygała z pędzlem w dłoni wpatrzona raz w leżący za mostem Stadion Narodowy a raz bardziej na północ, w bloki. Wysuwała wtedy koniuszek języka i marszczyła brwi co wskazywało na wzmożony wysiłek umysłowy; potem się uśmiechała i wracała do malowania.
III.
Przyglądałem się malarce i dopiero po chwili dotarło do mnie że przecież ją znam-to była Paulina Ostrowska, stara znajoma z liceum którą z powodu różnych towarzyskich koneksji dosyć regularnie widywałem. Nigdy nic mi nie było wiadomo o tym że zajmuje się malarstwem ale ten widok w ogóle mnie nie zdziwił; przyzwyczaiła mnie już do absolutnie wszystkiego i to akurat w ogóle nie było zaskakujące. Ostatnio pisała wiersze, wcześniej lepiła z gliny, jeszcze wcześniej bawiła się w kręcenie jakichś krótkometrażowych filmów-dlaczego więc dla odmiany nie miałaby teraz malować? Całkowicie normalna rzecz. „Niech zgadnę dlaczego stoi na bosaka”, pomyślałem, „pewnie dlatego że stopy też mają prawo od oddychania i nie możemy im go odbierać. Poza tym skóra na stopach jest wyjątkowo delikatna i złakniona świeżego tlenu….”
Bez wątpienia Paulina Ostrowska była osobą zasługującą na tekst poświęcony jej w całości; bardzo możliwe że nawet jeden by nie wystarczył. Ten opis i tak będzie niczym w obliczu fenomenu jej osoby. Paulina stanowiła idealne, doskonałe ucieleśnienie archetypu który świetnie wyczuwałem ale którego nie chciało mi się nigdy precyzyjnie nazwać; dość że każdy kto ją poznał od razu wiedział w czym rzecz. Możliwe że któregoś razu na krótki moment połączyła nas siła fizycznego przyciągania ale prawda o wydarzeniach tej imprezy sprzed miesięcy która mogła nasuwać takie podejrzenia, była ukryta w oparach wypitego alkoholu; zresztą i tak niewiele mnie to obchodziło i nie przywiązywałem do tego żadnej wagi. Paulina Ostrowska, szalona, wyzwolona, wciąż poszukująca, ambitna Paulina….nawiedzona studentka filozofii otaczająca się wianuszkiem swoich przyjaciół gejów, zawsze obecna na Paradach Równości, Manifach i antywojennych demonstracjach, niestrudzona bojowniczka o lepszy świat bez wyzysku i niesprawiedliwości, radykalna przeciwniczka faszyzmu za który uważało niemal wszystko co nie zgadzało się z jej poglądami…..tak, o Paulinie możnaby mówić długo i ciekawie. Była weganką co wynikało z jej konsekwentnej, przesiąkniętej wschodnim duchem filozofii i gardziła moim inercyjnym, niezaangażowanym wegetarianizmem dopuszczającym jedzenie ryb i nabiału; nie stała za nim żadna większa od przeciętnej wrażliwość na losy zwierząt tylko sposób w jaki zostałem wychowany. Nigdy nie zapomnę awantury którą mi kiedyś z tego powodu urządziła; akurat byliśmy gdzieś w dwójkę i miała okres; była strasznie zła a że w pobliżu nie było nikogo innego to postanowiła wyładować złość na mnie.
-TY PODŁY, WYGODNICKI TCHÓRZU!- wrzeszczała; w jej oczach czaiła się żądza mordu co jak na wegankę było dosyć ekstrawaganckie- BEZMYŚLNY KOŁTUNIE! JESTEŚ GORSZY OD PRAWDZIWYCH MIĘSOŻERCÓW, ONI PRZYNAJMNIEJ NIE UKRYWAJĄ TEGO ŻE SĄ MORDERCAMI A TY…..PIĄTA KOLUMNA! WRZÓD NA ZDROWYM CIELE WEGATARIAŃSKIEGO NARODU! BO PRZECIEŻ RYBA TO NIE MIĘSO, PRAWDA?!?! NIE, RYBA TO ROŚLINA WIĘC RYBY NIE BOLI JAK SIĘ JĄ ZABIJA….PRAWDA ŻE RYBA TO ROŚLINA?! I WCALE NAS NIE OBCHODZI PODPUSZCZKA W ŻÓŁTYM SERZE! SKĄDŻE ZNOWU, MY TO MAMY GDZIEŚ! ZOBACZYSZ, ZA TĄ OBŁUDĘ BĘDZIESZ SIĘ SMAŻYŁ W PIEKLE, ZUPEŁNIE TAK JAK TERAZ SMAŻĄ SIĘ TE BIEDNE DORSZE I FLĄDRY KTÓRE OCZYWIŚCIE MUSISZ WPIERDALAĆ JAK JESTEŚ NAD MORZEM, JAK OSTATNI BEZMÓZGI GBUR!!!
Rozśmieszyła mnie ta wzmianka o piekle; w swoim słusznym gniewie Paulina musiała zapomnieć o tym że właśnie znajduje się na etapie głębokiego ateizmu. Co mogłem odpowiedzieć na tak bzdurne zarzuty? Zastanawiałem się tylko kto jest gorszy; ludzie jej pokroju czy całe rzesze porządnych obywateli nie mogących pogodzić się z faktem że po prostu nie mam ochoty na wędliny, steki i piersi z kurczaka.
Słuchała tylko DOBREJ i AMBITNEJ muzyki; nieważne czy chodziło o post rock spod znaku Sigur Ros, trip-hop a’l’a Massive Attack, industrial czy klasyczny jazz, ważne żeby było DOBRE i AMBITNE. Szczególną, graniczącą z obsesją nienawiścią darzyła rap któremu wręcz odbierała prawo do bycia muzyką-ile to razy próbowałem przemówić jej do rozumu i przekonać że nie ma racji, puszczając chociażby Madliba czy The Roots -udowadniałem jej ile w tym piękna i jazzowego kunsztu; ona i tak wiedziała swoje. Puszczałem jej też Łonę i Eldokę żeby pokazać na jakie liryczne wyżyny potrafi wspiąć się autor hip-hopowego tekstu-bez skutku. „Jak ty możesz słuchać tego gówna”, mówiła, „przecież to muzyka dla najgorszych dresów. Co ja mówię, przecież to nawet nie jest muzyka tylko prymitywna melodeklamacja. Jak ja ci współczuję tego koszmarnego gustu”. Oglądała tylko DOBRE i AMBITNE filmy; pławiła się w zachwytach nad Bergmanem z którego oczywiście nic nie rozumiała a kiedy raz w przypływie luźnego, frywolnego nastroju wybrałem się do kina na „Lejdis” jej reakcja była zbliżona do tej na mój specyficzny wegetarianizm. Czytała tylko DOBRE i AMBITNE książki-Dostojewskiego, Prousta, Manna czy Hessego i jestem absolutnie pewien że tak samo jak z filmów Bergmana, nic z tych lektur nie wyniosła. Brzydziła się widokiem czegokolwiek choćby odrobinę mniej poważnego.
Zainteresowania Pauliny w żadnym wypadku nie ograniczały się do spraw doczesnych-była osobą dokonującą nieustannych poszukiwań duchowych. Oczywiście jako kobieta nowoczesna, postępowa, godna miana prawdziwej Europejki, nienawidziła Kościoła Katolickiego i uważała go za ostoję najgorszej ciemnoty; odpowiedzi na kluczowe egzystencjalne pytania szukała gdzie indziej i trzeba przyznać że zróżnicowanie jej decyzji w tej materii oraz to jak często je zmieniała było naprawdę imponujące. W ciągu ostatnich trzech lat zdążyła być Buddystką Diamentowej Drogi, zostać wyznawczynią prawosławia (tylko we wschodnim chrześcijaństwie przetrwał prawdziwy duch nauczania Jezusa, stwierdziła po powrocie z Moskwy urzeczona wspaniałością tamtejszych cerkwi), kilka razy pojawić się w świątyni Sikhów w Raszynie, przejść na pozycje radykalnie ateistyczne (każda religia to opium dla ludu), by miesiąc później dołączyć do neopogańskiej wspólnoty Wiccan. Ciężko było się w tym wszystkim połapać i osobiście nie nadążałem za metamorfozami Pauliny- jeśli pamięć mnie nie zawodzi to ostatnio zaczytywała się w pismach brytyjskiego okultysty i jednego z prekursorów satanizmu Aleistera Crowleya i to w jego naukach dopatrywała się czystej prawdy ale równie dobrze mogła też właśnie zacząć udzielać się w gminie żydowskiej albo wejść w bliższe kontakty ze środowiskiem Świadków Jehowy. Nic nie było tutaj niemożliwe.
Wszystkim, chociaż czasem przebywającym w towarzystwie Pauliny ludziom dawało się we znaki jej buntownicze upodobanie różnego rodzaju narkotyków; po mieście krążyły legendy o jej eksperymentach z kwasem i szałwią (oczywiście wszystko po to żeby dotrzeć do swojej prawdziwej natury, zdjąć klapki z oczu, uwolnić skuty w kulturowe kajdany umysł i tak dalej), ostatnio z kolei coraz częściej można było usłyszeć o przygodach z kokainą; gdy ją o to pytano, nie zaprzecz ała a wręcz przeciwnie, z dumą potwierdzała z reguły odwołując się do słynnych słów z „Trainspotting”, z tym że ciągle brakowało jej odwagi na spróbowanie heroiny. Marihuana była jej codziennością i traktowała ją z czcią właściwą dla pokolenia woodstockowych hippisów; w ogóle lubiła wspominać o swoim rzekomym duchowym pokrewieństwie z tamtą epoką i chętnie przedstawiała się jako spadkobierczyni tamtych idei. Jeżeli chodzi o alkohol w życiu Pauliny, to tutaj sprawa nieco się komplikowała; tak jak większość swoich życiowych wyborów realizowała z wręcz fanatyczną konsekwencją (mam tu na myśli chociażby kwestie dietetyczne; religijne raczej należały do tej mniejszości) tak z etanolem pozwalała sobie na o wiele więcej niż nakazywałaby to jej postawa i kreacja. Prawdziwa post-hippiska wzorem swoich poprzedniczek sprzed kilku dekad powinna gardzić wódą, tym otępiającym, zubażającym wynalazkiem filistrów; ona jednak po prostu lubiła być najebana i tak jak jeszcze w wielu innych sprawach, nie znała umiaru.
Ubierała się tylko w lumpeksach i second-handach; nie chciała wspierać wielkich, kapitalistycznych korporacji poprzez kupowanie ciuchów nawet w poczciwym, swojskim Haendemie. Mijając dowolne większe centrum handlowe, ostentacyjnie wyrażała swoje obrzydzenie wyraźnie zadowolona z tego że wszyscy zwracają na to uwagę. Jak każda kobieta a w zasadzie jak każdy człowiek chciała jednak wyglądać dobrze i ubrania które nosiła dobierała z wyczuciem które sprawiało że koniec końców wyglądała całkiem nieźle. Jako ekolożka, zaniepokojona nadmierną emisją dwutlenku węgla uparcie odmawiała zapisania się na kurs prawa jazdy głośno krytykując każdego poruszającego się samochodem; sama wszędzie jeździła swoją zgrabną holenderką, teraz zresztą też stała koło sztalug. Gardziła tradycyjną medycyną którą nazywała drobnomieszczańskim reliktem i polegała wyłącznie na homeopatii. Jej poglądy polityczne najogólniej mówiąc dało się określić jako skrajnie lewackie, nawet udzielała się w jakichś posttrockistowskich organizacjach.
Mógłbym tak pisać jeszcze długo i długo a nadal obraz Pauliny byłby niekompletny; ta nawiedzona dziewczyna codziennie dokładała wszelkich starań żeby stać się jeszcze bardziej offową, nieujarzmioną przez system jednostką. Przyszło mi do głowy porównanie jej z jedną bohaterką Johna Irvinga ale w przeciwieństwie do Katie Callahan, nie sposób było nazwać ją zimną suką; wprost przeciwnie. Miała dobre serce i mimo czasem pozornie pogardliwej wobec innych postawy, nietolerancji wobec choćby odrobinę odmiennych poglądów czy wybuchów furii, wiadomo było że w razie czego wyciągnie pomocną dłoń. Z reguły usposobienie też miała sympatyczne; mnie na przykład raczej lubiła i poza tymi chwilami kiedy wpadała w szał (jak wtedy z moim wegetarianizmem) zwracała się do mnie z sympatią. Imponowało jej to że próbuję coś tam pisać, z uznaniem wypowiadała się też o moim kierunku studiów czyli o slawistyce. Jaki ja miałem do niej stosunek? Dwojaki. Bardzo często nie mogłem jej znieść ale bywało również i tak że bawiła mnie a słuchanie jej niekończących się tyrad stanowiło dla mnie pewną przyjemność.
Prawdę mówiąc, uważałem ją za kompletną idiotkę.
IV.
A teraz stała blisko mnie, w pełni poświęcona swojej nowej pasji i zupełnie nieświadoma mojej obecności. „Co też ona może malować”, zastanawiałem się, „co dzisiaj ma do powiedzenia światu co da się wyrazić tylko w taki sposób. No tak, widać że maluje panoramę praskiego brzegu Wisły ze szczególnym uwzględnieniem bloków i Stadionu Narodowego ale to na pewno musi być coś więcej, coś NIEBANALNEGO i NIEOCZYWISTEGO”. (uwielbiała te dwa słowa nagminnie używając ich na nazywanie swoich przemyśleń które jak na ironię losu zazwyczaj były skrajnie banalne). „No ale cóż, nie dowiem się dopóki nie spytam. W takim razie trzeba będzie się do niej przejść”.
I wtedy uświadomiłem sobie coś co bardzo mocno mnie uderzyło i zaważyło nad resztą tego dnia- ona znalazła SPRAWĘ. Tak, miała ją, jak bardzo denna by nie była to Paulinka ją miała podczas gdy ja od wczoraj męczyłem się nad tym żeby w końcu gdzieś ją dostrzec. To nie była przyjemna konstatacja i mój beztroski, błogi nastrój momentalnie znikł. Na domiar złego, musiała też wybrać odpowiednią scenerię dla swojej sprawy bo widać było że praca nad obrazem idzie jej dobrze; uśmiechała się i rzadko odwracała wzrok od płótna, musiała być w pełni pewna tego co tworzy. Myśl że nawet ta idiotka wie co chce przekazać a ja nie, przeszyła mnie na wskroś tak że przez chwilę poczułem niemal fizyczny ból. Ale to wszystko jeszcze bardziej przemawiało za tym żeby do niej podejść i dowiedzieć się w czym rzecz. Siląc się na zachowanie spokoju, podszedłem i przywitałem się.
-Ooo, Tomuś!- rozpromieniła się na mój widok.-A ty co tutaj robisz?
-Tak akurat przechodziłem-rzuciłem od niechcenia-lepiej ty mi powiedz co skłoniło cię do zajęcia się malarstwem i co chcesz przedstawić.
-Wiesz-zaczęła mi wyjaśniać; wiedziałem że jeśli w odpowiednim momencie jej nie zatrzymam to będzie mogła tak ciągnąć godzinami i byłem przygotowany na to żeby w razie czego szybko przerwać-uznałam że tylko w ten sposób uda mi się wyrazić moją myśl. Wszystkie inne formy byłyby zawodne…wiersz nie odda sedna sprawy („o zgrozo”, pomyślałem, ”Ona mówi o sednie sprawy. Nie jest dobrze”.),gdybym stworzyła jakąś instalację, rzeźbę, wiesz, coś w tym rodzaju, to może miałoby to jakiś sens ale byłoby na pewno niedoskonałe. A przecież nie skomponuję żadnej sonaty o tandecie, prawda? -zachichotała-tylko malując uda mi się w pełni przedstawić problem. Poza tym zawsze miałam do tego słabość, pamiętasz, już w liceum chodziłam na kursy rysunku, a to już blisko! A potem przecież maturę z historii sztuki zdałam śpiewająco-uśmiechnęła się.
-To może ty w ogóle od razu powinnaś iść na ASP jak taka z ciebie malarka-rzuciłem kąśliwie.
-Daruj sobie tą ironię-niezrażona paplała dalej; uśmiech nie schodził jej z ust a z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem dało się wyczuć w jej głosie coraz więcej entuzjazmu-przecież dobrze wiesz że malarstwo to teraz dla mnie nie cel sam w sobie tylko ŚRODEK WYRAZU. Można powiedzieć że to środek do celu. („Niby studiuje filozofię”, pomyślałem, „a mówi tak jakby nigdy nie słyszała o imperatywie kategorycznym Kanta. Jest jednak głupia”.)Wiesz Tomuś że szanuję każdą dziedzinę sztuki i w każdej dostrzegam masę ważnych rzeczy ale jednak jestem przede wszystkim myślicielką a nie artystką. Sztuka jest dla mnie instrumentem do wyrażania myśli i to jaki jej nurt akurat wybieram zależy od sytuacji, od konkretnej myśli. Tym razem najodpowiedniejsze wydało mi się malarstwo i właśnie dlatego zastałeś mnie teraz przy sztalugach…ale ja już tak długo mówię, stoisz tu ładne parę minut a ciągle nie spytałeś co chcę zaprezentować, nawet nie przyjrzałeś się obrazowi z bliska-spojrzała na mnie lekko urażona.
-Jak to nie spytałem? Przecież już na samym wstępie.- odpowiedziałem-a obrazowi jeszcze się nie przyjrzałem bo chciałem Cię najpierw posłuchać.
-No to oglądaj-znowu się szeroko uśmiechnęła-a potem ci powiem co to oznacza.
Płótno było dużym, szerokim prostokątem który Paulina podzieliła biegnącą przez całą jego długość grubą, czarną linią-dawało to dwie połowy z których każda była poświęcona dwóm innym widokom. Obraz był już niemal skończony i właściwie pozostało tylko nanieść na niego kilka drobnych, kosmetycznych poprawek-widać było że Paulina musi być tutaj od samego rana i że załapałem się na sam koniec jej pracy. Konstrukcja obrazu wymuszała pewien ścisk ale moja znajoma całkiem nieźle poradziła sobie z tym wyzwaniem i oglądając dzieło nie odnosiłem wrażenia że namalowane obiekty są jakoś nienaturalnie spłaszczone czy zwężone. Lewa połowa była poświęcona praskim blokom-wyglądały tak jak w rzeczywistości, rażące swoją brzydotą dostojne posągi upamiętniające minioną epokę, te piramidy PRL-u. Była to jednak brzydota z której biło jakieś specyficzne ciepło, od lat wywołujące we mnie tą samą nostalgię, irracjonalną tęsknotę za idyllicznym, szczęśliwym życiem w małym, przytulnym mieszkanku, życiem które chyba nigdy nie mogło istnieć i najprawdopodobniej było tylko wytworem mojej wyobraźni. Ale to wszystko to tylko moja nadinterpretacja-jej osąd był o wiele surowszy i zupełnie wyzbyty sentymentalnych odruchów jakie we mnie zawsze wywoływały warszawskie blokowiska. Dla niej sprawa była prosta-bloki są obrzydliwe i odpychające, nie można w nich zauważyć niczego pięknego. I taką wizję zawarła w swoim dziele a cała reszta to moje dopowiedzenia całkowicie niezgodne z jej poglądem na tą sprawę. U góry lewej połowy, nad blokami, namalowała godło PRL-u czyli orła bez korony. Była to dosyć oczywista symbolika i raczej nie łamałem sobie nad nią długo głowy. Spojrzałem na prawą połowę obrazu. Tam zza lin podtrzymujących Most Świętokrzyski wystawał nieco ukryty w gęstwinie drzew Stadion Narodowy; mimo tych przeszkód, był przedstawiony dosyć wyraźnie i przypominał pomalowany na biało i czerwono gigantyczny koszyk który jakiś olbrzym z innej planety mógłby zanieść w Wielką Sobotę do poświęcenia. Nad wizerunkiem stadionu, analogicznie do peerelowskiego godła po lewej stronie, widniało godło niepodległej RP po 1989 roku- orzeł z koroną.Tak właśnie wyglądał obraz Pauliny Ostrowskiej. Trzeba przyznać że mimo ogólnej kiczowatości która od niego biła , to rękę miała sprawną i od strony czysto rzemieślniczej, technicznej, niewiele dało się jej zarzucić. Linie były poprowadzone prosto, namalowane obiekty przypominały swoje realne pierwowzory. To jednak mniej mnie interesowało-o wiele bardziej frapowała mnie kwestia jaką to SPRAWĘ Paulina chciała zaprezentować. No tak, na pierwszy rzut oka wyglądało to na proste skonfrontowanie dwóch tak różnych rzeczywistości dominujących w Polsce na przestrzeni w sumie krótkiego czasu, pokazanie kontrastu poprzez przedstawienie budowli charakterystycznych dla obydwu epok-ale jakoś przeczuwałem że jak na Paulinkę to chyba jednak trochę za mało, że raczej nie pokusiłaby się o taką nieskomplikowaną refleksję z pogranicza historii najnowszej i socjologii-przypuszczałem że jej SPRAWA jest bardziej przekombinowana a przez to paradoksalnie- jeszcze banalniejsza. I tak też właśnie było.
No fajnie kotku-starałem się wspiąć na wyżyny nonszalancji. Zawsze kiedy chciałem ją zdenerwować i urazić jej feministyczną dumę, zwracałem się do niej per „kotku” albo „skarbie”. Czułem że osuwa mi się grunt pod stopami i dlatego postanowiłem wcielić w życie starą ludową mądrość że najlepszą obroną jest atak.
-Nie pozwalaj sobie, zakompleksiona sierotko po patriarchacie-warknęła; ucieszyłem się że moja taktyka przynosi oczekiwane efekty ale niestety po chwili dodała już o wiele spokojniejszym tonem-spójrz co jest tutaj napisane.
Wskazała nabazgrany ołówkiem napis w lewym górnym rogu płótna, bezpośrednio nad orłem bez korony; był to jakiś wyraz po francusku.
-Camelote- przeczytałem-ale przecież wiesz że nie znam francuskiego.
-Boże, Tomeczku, z tobą to naprawdę jak z dzieckiem-spojrzała na mnie z politowaniem -Camelote czyli TANDETA. Powiedziałam ci na początku że nie skomponuję sonaty o tandecie, prawda? I dlatego namalowałam o niej obraz. Tandeta ponad podziałami. Odnajdująca się dobrze i za komuny i teraz. Tandeta jako coś uniwersalnego, obojętnego na przemiany ustrojowe, zmieniającego tylko formę. Pozorny kontrast a tak naprawdę rażące podobieństwo. Tandeta jako myśl przewodnia, lejtmotyw gatunku ludzkiego. Tandeta wiecznie żywa, odradzająca się z popiołów jak feniks.
Czyli taka była sprawa którą odnalazła Paulina-TANDETA. A jej scenerią tak różniące się dokonania architektoniczne dwóch różnych epok. Osobiście miałem wątpliwości czy akurat ten rzeczownik dobrze pasuje do bloków mogących pamiętać nawet czasy Gomułki-bezsprzeczną kwestią była ich brzydota ale wyraz „tandeta” nie wydawał mi się tutaj całkiem odpowiedni. Co do Stadionu to możnaby się spierać, ja sam nie miałem do niego większych zastrzeżeń a nawet lubiłem go sobie wyobrażać jako ogromny koszyk wielkanocny, ale wiedziałem że zdania są podzielone i że wiele rozsądniejszych, mądrzejszych od Pauliny osób akurat tutaj mogłoby się z nią zgodzić. Zresztą co znaczyła moja opinia? To była SPRAWA Pauliny i to ona zarządzała ją wedle swojego widzimisię-skoro ja nie mogłem znaleźć własnej to musiałem się zadowolić tylko skromną rolą odbiorcy i ewentualnie recenzenta ale chyba nawet to były zbyt wygórowane oczekiwania. Zastanawiałem się tylko dlaczego postanowiła zatytułować swój obraz po francusku. Czyżby język polski też był zbyt tandetny? Znając Paulinę, to podczas swoich licznych rozmyślań spokojnie mogła dojść do takiego wniosku. Spytałem ją o to.
-Czyli jednak coś tam chwytasz, nie jest z tobą jeszcze tak najgorzej-pochwaliła mnie i poczochrała mi włosy; ten protekcjonalny gest bardzo mnie poruszył bo uświadomił mi że stoję na aż tak przegranej pozycji że ona może sobie pozwalać na takie zagrywki a ja nie mam już siły żeby ją przywołać do porządku-Polski zawsze był kiczowaty i TANDETNY. Wszyscy tak chwalą tego całego Reja że niby pierwszy poeta piszący w naszym języku, jakieś tam gęsi nie gęsi, narody postronne, chuje muje dzikie węże, a ja wcale nie uważam żeby to było takie fajne.
-Wolałabyś żeby wszyscy nadal pisali tylko po łacinie?- bąknąłem nieśmiało-przecież to takie katolskie a ty nie cierpisz katolstwa.
-Nie-odparła zamyślona i zapaliła cienkiego mentholowego papierosa-łacina faktycznie odpada. Ale mogliśmy się zgermanizować. Przejęlibyśmy niemiecki język, mentalność, kulturę….zobacz jakie dzisiaj Niemcy są potężne, a my? Szkoda gadać. Zmarnowaliśmy taką szansę! No bo oczywiście jakieś Drzymały nie Drzymały, dzieci z Wrześni, Roty….mógł nas ten Bismarck porządniej przycisnąć a nie się tak cackać. Jak ja nienawidzę tego prowincjonalnego, zacofanego kraju!- zdenerwowała się i rzuciła jakimś kamykiem w taflę wody.
Historyczno-narodowościowe przemyślenia Pauliny z pewnością były niestandardowe, odważne, bezkompromisowe a zwłaszcza nonkonformistyczne ale niedobrze mi się robiło od słuchania tego pierdolenia więc pośpiesznie skończyłem ten temat poprzez powrót do kwestii obrazu.
-A tak w ogóle to co zamierzasz z nim zrobić?- spytałem-sprzedać?
-Sztuka nie jest na sprzedaż-burknęła a jej wzrok wyrażał słabo skrywaną pogardę dla mojego na wskroś pragmatycznego, biznesowego podejścia-sztuka jest po to żeby DAWAĆ ŚWIADECTWO.
„Paulina odwołująca się do słów Zbigniewa Herberta, poety któremu było bliżej do prawicy”, pomyślałem, „z nią jest możliwe wszystko”.
-No dobrze, przepraszam- odpowiedziałem-no to może….opowiesz coś jeszcze o tej swojej wizji tandety, jaki masz na to pogląd?
-Wiesz co Tomuś- znowu była miła-może kiedy indziej. Sądzę że powinniśmy trochę wyluzować. Ja już w sumie skończyłam i zasłużyłam na relaks a ty wyglądasz na takiego zmartwionego, jakby coś ci nie dawało spokoju….jesteś taki nieswój. Ale ja wiem co ci pomoże-uśmiechnęła się figlarnie i wyciągnęła ze stanika małą torebeczkę-samarę wypełnioną marihuaną i szklaną fifkę.V.
Przepadałem za zielskiem więc nie odmówiłem; zresztą i tak nie miałem nic lepszego do roboty. Gdybym miał chociaż cień nadziei na to że po powrocie do domu uda mi się cokolwiek napisać to grzecznie bym podziękował bo sztywno trzymałem się zasady że tworzę tylko i wyłącznie na trzeźwo, bez żadnych wspomagaczy nie licząc kawy, herbaty i napojów energetycznych- ale wiedziałem że na ten dzień ta sprawa jest już absolutnie przegrana. Bardzo możliwe że na wszystkie pozostałe dni również. Paulina nie zawracała sobie głowy kwestiami bezpieczeństwa; nie zadała sobie trudu żeby chociaż spojrzeć czy ktoś się koło nas nie kręci tylko po prostu bez zbędnych ceregieli nabiła i podpaliła fifkę. Zaciągnęła się mocno i przez kilkanaście sekund trzymała dym w płucach po czym podała mi lufę.
Przyjemny, słodkawy smak, niewątpliwie lepszy od tego jaki ma tytoń, wypełnił mi usta-delektowałem się nim przez jakiś czas po czym wypuściłem dym. Zrobiłem to bardzo profesjonalnie bo już chwilę potem zaniosłem się ostrym kaszlem-dla każdego prawdziwego palacza to bardzo pożądany efekt, świadczący o tym że już za moment konopia zacznie działać z należytą intensywnością.
Z jednej strony, faktycznie nie miałem już nic do stracenia, ale z drugiej-czy cokolwiek do zyskania? Spójrzmy prawdzie w oczy-przy moim obecnym stanie marihuana nie miała mi do zaoferowania absolutnie nic wartościowego a jeśli nie to przynajmniej przyjemnego. Podczas gdy Paulina zapadała się już w boski niebyt gdzie zapomniawszy o bożym świecie mogła w spokoju zamknąć oczy i zachwycać się nadciągającymi w jej stronę fraktalami, ja musiałem zmierzyć się z nawałnicą myśli które już na trzeźwo były wystarczająco nieprzyjemne a teraz, przyprawione solidną dawką THC, nabrały wręcz nieznośnego wymiaru. Myśli te w żadnym wypadku nie były nowe, wciąż obracały się wokół tej samej, nie dającej mi spokoju od rana kwestii czyli mojej twórczej niemocy (nie licząc krótkiego momentu odpoczynku nad Wisłą przed spotkaniem Pauliny) ale marihuana uwydatniła je tak silnie że było mi już naprawdę bardzo źle i to nawet w sensie czysto fizycznym. Czułem jak zaczyna boleć mnie brzuch a moje ręce stają się zbyt ciężkie żeby je podnieść- i wtedy, w obliczy jakiejś strasznej, nadciągającej klęski, postanowiłem zagrać ze swoją znajomą w otwarte karty.
-Widzisz Paulina, bo to jest tak-powiedziałem cicho ze wzrokiem utkwionym w betonie; nie chciałem patrzeć na Wisłę bo nagle ni stąd ni zowąd widok wody zaczął przyprawiać mnie o mdłości i nasuwać skojarzenia z tymi wszystkimi topielcami którzy od stuleci kończyli swoje żywoty we wzburzonych odmętach na całym świecie-bo to jest tak że nie jest dobrze. Oj nie jest.
Zielsko powodowało u niej refleks dinozaura i dlatego przez jakieś półtorej minuty nie wykonała najmniejszego gestu świadczącego o tym że usłyszała moje cokolwiek niejasne i dziwne słowa, tylko nadal rozmarzona, z zamkniętymi oczami, obserwowała co raz to bardziej zaskakujące fraktale, a może już też i jakieś konkretniejsze kształty; w końcu jednak odpowiedziała.
-Dlaczego nie jest dobrze Tomuś?- przez moment wyglądała na zatroskaną; podniosła powieki i przyjrzała mi się uważnie.-Zauważyłam że coś jest z tobą nie tak no ale żebyś nawet po tym nie poczuł się lepiej?
-Dziewczyno, jest tylko gorzej-wymamrotałem wciąż patrząc na beton-ja nie mam nic. Nie mam wizji, nie mam sprawy. Wybacz skarbie, no offence, ale to że nawet ty ją masz jest dla mnie jak policzek.
-Słucham?- za ostatnie słowa powinna się na mnie ostro wkurzyć ale jednak zaciekawienie i zdziwienie moim niecodziennym wyznaniem (zawsze za wszelką cenę starałem się nie okazywać przy niej słabości) wzięły górę nad urażoną dumą.-O czym ty mówisz?
-To bardzo proste-miałem już naprawdę słaby głos i ciągle unikałem widoku wody-jak dobrze wiesz, próbuję pisać; ktoś nawet mógłby stwierdzić że piszę. Udało mi się skleić parę w miarę zgrabnych opowiadanek, komuś się nawet podobały-ale powiedz mi kurwa jakie to są osiągnięcia gdy chodzi o parę lat marzeń i prób. Gdyby chociaż to co już do tej pory skończyłem coś sobą przedstawiało, o czymś mówiło, miało jakąś moc-ale to jest tylko puste efekciarstwo, parę chwytliwych zdań które postawione koło siebie dają nawet ładnie wyglądającą całość. Paulina, od dziecka słyszę jaki to nie jestem inteligentny i zdolny a nadal nie napisałem niczego co by mnie naprawdę zadowoliło. A wiesz dlaczego? Bo ja nie mam bladego pojęcia o czym mam napisać. Jasne, jak się zepnę to potrafię wymyślić jakąś historyjkę o typie co wyrywa dupy i ma jakieś tam niby przygody ale czy naprawdę to o to w tym chodzi? Paulina, dwa miesiące temu skończyłem dwadzieścia dwa lata, wiem że muszę pisać, że nie mam innego wyjścia, a nie mam kompletnie nic ważnego do powiedzenia.
Wyrzuciłem z siebie te wszystkie słowa niemal na jednym tchu i przez parę sekund byłem mocno zszokowany tym nagłym, praktycznie niekontrolowanym wybuchem szczerości i to wobec tak żenującej osoby jaką była Paulina; pewnie gdyby nie katusze w jakie wpędziło mnie zielsko, nigdy bym się na takie zwierzenie nie zdobył. Ona zresztą też była zaskoczona; wybudziłem ją z letargu, już nie obserwowała fraktali tylko podparłszy brodę ręką, patrzyła na drugi brzeg i zastanawiała się co mi odpowiedzieć. Może jednak nie była aż taką idiotką? Nie, to niemożliwe, kto jak kto ale ona z pewnością należała do grona osób na temat których po prostu nie dało się zmienić opinii. Prawdą jest jednak to że moja wypowiedź zmusiła ją do czegoś czego zazwyczaj nie praktykowała , czyli do gruntownego, rzetelnego zastanowienia się nad czymś.
-A może po prostu się nad sobą użalasz?- spytała; jej głos zabrzmiał bardzo nienaturalnie; czuć w nim było surową powagę dociekliwej, bezkompromisowej psychoterapeutki która próbuje złapać swojego pacjenta na czymś co powinno przynieść mu wstyd-może po prostu tak ci jest wygodniej. Wolisz chodzić w glorii nieszczęśnika niż usiąść i stworzyć coś na miarę swoich możliwości. Zastanów się dobrze Tomasz czy tak nie jest.
-Paulina- jęknąłem-Twoja diagnoza na pewno byłaby trafna gdyby dotyczyła czegokolwiek innego, ale w tym przypadku jest zupełnie błędna. Dziewczyno, to jest upadlające, to jest skrajnie chujowe i nie ma nic wspólnego z żadnym „szlachetnym” cierpiętnictwem, z żadnym kurwa jaskółczym niepokojem czy inną postawą bajroniczną. Nie chcę brzmieć patetycznie ale ta cała beznadziejna sytuacja pozbawia mnie godności a teraz to już szczególnie czuję się jak podstarzała, nieprzydatna dziwka.
Jeszcze zanim skończyłem mówić, to gorzko pożałowałem tych słów; wiedziałem że tych strat wizerunkowych już nigdy nie uda mi się naprawić i powoli zaczynałem godzić się z perspektywą śmierci cywilnej z którą prędzej czy później będę musiał się zmierzyć. Ale chyba nie mogło być inaczej-osiągnąłem pewien punkt krytyczny, granicę wytrzymałości. Gdybym znał się na ekonomii, to napisałbym teraz że limit długu publicznego został osiągnięty ale wcale nie jestem pewien czy taka na pozór błyskotliwa metafora tak naprawdę nie byłaby skrajnym idiotyzmem więc na wszelki wypadek wstrzymam się z tym ruchem. Tak czy inaczej, stało się-stałem przed Pauliną nagi jak Jamie Bell przed Sophią Myles w filmie „Hallam Foe” i musiałem się gęsto tłumaczyć. Niestety- z raz obranej ścieżki nie było już odwrotu.
Tymczasem wszystko wskazywało na to że ona nie zamierza się nade mną pastwić; miała teraz idealną, wręcz wymarzoną okazję żeby zemścić się na mnie za te wszystkie uszczypliwości których jej nigdy nie szczędziłem, ale nie zdecydowała się na to i co ciekawe to chyba nawet nie z litości tylko z jakiegoś innego powodu.
-Tomasz-powiedziała mocnym, pewnym, wręcz perswazyjnym głosem-przecież Ty naprawdę jesteś zdolny. Ty możesz. Ty potrafisz. Pamiętam takie twoje jedno opowiadanie które bardzo mi się spodobało-o chłopaku i dziewczynie, ona była taka chętna, romantyczna a on nie chciał, miał do tego takie smutne, cyniczne podejście….to się działo gdzieś za Warszawą, pamiętasz? I czy to nie była ta SPRAWA której poszukiwałeś? To miało taki mądry podtekst, drugie dno, głęboką wymowę a to chyba o to ci chodzi, prawda? Widzisz? Naprawdę, jak chcesz to dajesz radę.
-Akurat tamta historyjka była naprawdę kiepska-odpowiedziałem powoli podnosząc wzrok na wodę do której widoku z powrotem się przyzwyczajałem; mimo wszystko moja spowiedź była swego rodzaju oczyszczeniem, katharsis-owszem, zgrabna ale nic ponadto. Ja szukam czegoś większego; nie satysfakcjonuje mnie opisanie rozterek sercowych typa który nie umie sobie układać relacji z dziewczynami. To ma być ta SPRAWA? Na miłość boską, przecież to wyświechtana, milion razy przetrawiona pierdoła. Szukam czegoś dużego, prawdziwego, z mocą i mam już dosyć tych wszystkich zamieszkujących moje teksty typków którzy wiecznie robią to samo, myślą tak samo i są wszyscy tacy sami. Paulina, ja chcę coś stworzyć.
Znowu poczułem się gorzej; oczyszczające właściwości spowiedzi już chyba przestawały działać i wracałem w te niezgłębione, czarne otchłanie które gościły mnie zaledwie kilka minut temu. Czułem pulsujący ból pod czaszką i skurcze w brzuchu, z powrotem stałem się niezwykle ociężały. Jakby tego było mało, to zaczęła się pogarszać pogoda i to w bardzo gwałtowny sposób; nadciągające od strony Bródna i Tarchomina wielkie, ciemne chmury przeganiały słońce i pogrążały miasto w mroku. Przykryły już Stare Miasto z wybijającymi się na pierwszy plan Katedrą Świętego Jana i Zamkiem Królewskim, przykrywały znajdujący się po drugiej stronie Nowego Zjazdu szpital stomatologiczny, dalej schludne kamieniczki Mariensztatu aż w końcu dotarły nad nowoczesny budynek Biblioteki a potem już błyskawicznie nad Centrum Nauki Kopernik i nad znajdującą się w jego bezpośrednim pobliżu naszą dwójkę. Spadły pierwsze krople deszczu-Paulina pośpiesznie narzuciła na swój obraz jakąś folię która miała zapobiec rozmazywaniu się farby, ja trwałem w bezruchu zupełnie obojętny na tą niespodziewaną meteorologiczną rewolucję; zresztą deszcz nie był jeszcze jakoś wyjątkowo intensywny, przy odrobinie dobrej woli można było nie zwracać na niego uwagi.
Paulina ochroniwszy swoje dzieło sztuki, spokojnie wróciła do przerwanej rozmowy.
-Tomek- powiedziała-dookoła nas jest tyle inspirujących rzeczy. Tyle tematów, tyle spraw. Ich nigdy nie będzie brakować i jestem przekonana że kto jak kto ale ty do nich na pewno dotrzesz.
Ale ja już nie chciałem z nią rozmawiać; czułem jak narasta we mnie dławiące poczucie wstydu dobrze znane każdemu dzieciakowi z podstawówki czy gimnazjum kiedy dowiaduje się że wszyscy wokół wiedzą o jego miłosnym sekrecie. Nie chciałem spędzić z Pauliną już ani sekundy więcej, ta niecała godzina którą tego dnia przesiedzieliśmy i przegadaliśmy razem, spokojnie mogłaby mi starczyć na kilka lat. Jeżeli gdziekolwiek mogłem się poczuć lepiej i trochę się uspokoić, to na pewno z dala od niej.
-Wiesz co, będę się zbierał- rzuciłem-mam jeszcze coś do zrobienia w domu.
I wtedy postanowiła mi dokopać, zaatakować najczulszy punkt co przecież było tylko moją winą bo co za diabeł mnie podkusił żeby powiedzieć jej choć jedno słowo na swój temat.
-Ty masz coś do zrobienia w domu?- zaśmiała się szyderczo-jasne, położyć się do łóżka i biadolić jaki to się ma ciężki los bo chce się pisać a nie wie się o czym…. Ojej, mój mały, biedny Tomeczek. Pa, mój nieszczęśliwy, niespełniony pisarczyku.
Nie odpowiedziałem na to ani jednym słowem tylko jak najszybciej oddalałem się od ekscentrycznej znajomej która przed chwilą tak boleśnie ze mnie zadrwiła. Deszcz wzmógł się na sile; minąłem Pomnik Syrenki, skręciłem w Tamkę i jak zahipnotyzowany szedłem pod górę.
VI.
Kiedy byłem już w połowie Tamki, rozpadało się na dobre ale to jeszcze nie był koniec niespodzianek jakie kapryśna pogoda przygotowała na ten dzień dla Warszawiaków. Rozpętała się burza; pioruny rozświetliły granatowe niebo a grzmoty wywołały panikę setek warszawskich psów które rzuciły się szukać bezpiecznych kryjówek w domach i mieszkaniach swoich panów. Nie podzielałem ich przekonania że taka kryjówka jest teraz czymś absolutnie niezbędnym jeżeli poważnie myśli się o dożyciu następnego dnia-burza była mi całkowicie obojętna. Coraz bardziej moknąc, myślałem tylko i wyłącznie o ostatnich słowach Pauliny; analizowałem ich znaczenie i z każdą sekundą zbliżałem się do konkluzji że mimo okrutnych intencji pretensjonalnej pseudointelektualistki, są one bardzo bliskie prawdy. Potem pomyślałem też o swoim niewybaczalnym, kardynalnym błędzie jakim było dopuszczenie jej do swojego problemu i następstwach jakie ten błąd mógł za sobą pociągnąć-jeżeli Paulina zdecyduje się podzielić się ze światem zasłyszanymi ode mnie „rewelacjami” to na długo stanę się obiektem niewybrednych żartów i kpin.
Ulewa, jak to zazwyczaj ulewy mają w zwyczaju, okazała się efemeryczna i po niedługim czasie przeobraziła się w jednostajny, łagodny deszczyk który chyba nikomu nie mógłby przysparzać większych kłopotów. Podobnie było z burzą; opuszczała już Warszawę by udać się gdzieś na północny zachód, w okolice Puszczy Kampinoskiej; grzmoty stawały się coraz cichsze. Doszedłem na Nowy Świat gdzie znalazłem najbliższy przystanek autobusowy i solidnie już przemoczony, rozpocząłem swoją obłąkańczą, straceńczą podróż po całej stolicy. Byłem niczym rdzenny Sybirak który pogrążony w alkoholowej psychozie pędzi przez zaśnieżoną tajgę w poszukiwaniu schronienia przed goniącymi go demonami. Wsiadałem we wszystkie możliwe tramwaje i autobusy, z dwa razy przesiadłem się do metra a nawet złapałem taksówkę- w ten sposób w ciągu kilku godzin zjechałem praktycznie całe miasto. Na Ursynowie błąkałem się między blokami blisko Multikina, na Grochowie wpatrzony w majestatyczne Osiedle Majdańska wypaliłem pod rząd cztery papierosy, na Mokotowie chodziłem w kółko po ulicy Madalińskiego od Puławskiej do Alei Niepodległości, na Żoliborzu koło Placu Wilsona z wściekłości rzuciłem kamieniem w Bogu ducha winnego kota który zaczął w popłochu uciekać, na Szmulkach (a może na Służewcu?) o swoje upomniał się żołądek i poszedłem na późny obiad do kiepskiego baru orientalnego, w Falenicy pobiegłem do lasu gdzie kopałem szyszki i łamałem gałęzie. Około dwudziestej drugiej skrajnie wyczerpany wróciłem na Włochy i nie zdejmując butów padłem na łóżko.
VII.
Wybiła dwudziesta trzecia. Byłem już mocno wstawiony ale to tylko zwiększało zawziętość z jaką realizowałem swoje najnowsze postanowienie. Cały stół był pokryty drobniusieńkimi kawałeczkami papieru których wciąż przybywało; do tej pory zniszczyłem dwa opowiadania a w kolejce czekały trzy następne, nie mogłem też zapomnieć o kilku które nie istniały w wersji fizycznej tylko niczego nieświadome spokojnie drzemały na twardym dysku komputera. Jako pierwsze, unicestwiłem to o którym pochlebnie wyraziła się Paulina; czułem do niego największą odrazę.
Kartka po kartce ginęły mordowane przez wyjątkowo ostre i skuteczne nożyczki, a razem z nimi wszystko to co kiedykolwiek mogło napawać mnie dumą i zapewniało poczucie jakiegoś sensu. Sięgnąłem po stojącą w kącie stołu opróżnioną do połowy butelkę czerwonego Johny’ego Walkera i nalałem sobie na dno szklanki po czym dodałem coli; był to mój czwarty drink tego wieczoru. Szlachetny napój dzisiaj wyjątkowo mi smakował; jest to zdecydowanie najlepsza konfiguracja z alkoholem w roli głównej jaką wymyślił człowiek w ciągu całej długiej historii pijaństwa. Sięgałem po nią zawsze wtedy kiedy sytuacja wymagała podjęcia odważnych decyzji a ja okazywałem się za dużym tchórzem żeby podjąć je na trzeźwo. Decyzja o zniszczeniu całego swojego dorobku, co prawda niezbyt obszernego ale jednak składającego się z kilkunastu tekstów różnej jakości, bez dwóch zdań zaliczała się do kategorii decyzji których wcielanie w życie przy pomocy Whiskey okazywało się o niebo łatwiejsze niż bez niej. „To nieprawda że picie w samotności jest złe”, pomyślałem rozkoszując się subtelnym smakiem drinka, ”Uważam że ma głęboki aczkolwiek trudny do zauważenia sens; jak już się go zauważy, to nie sposób przestać się nim zachwycać. Tylko pijąc sam, możesz być w pełni szczery ze sobą, zajrzeć do własnego środka. I tylko wtedy stać się na podjęcie radykalnych kroków”.
Sterta kawałeczków papieru była już tak ogromna że przestała mieścić się na stole i spora jej część spadała na podłogę; patrzyłem na to z ponurą, mściwą satysfakcją. Byłem zbyt pijany żeby zastanowić się jak to wszystko jutro posprzątam; to nie był dobry moment na racjonalne myślenie. Praca nożyczkami zaczęła mnie nużyć więc resztę kartek darłem ręcznie. Miałem zamglony wzrok i szumiało mi w głowie; resztkami sił myślałem o tym że właśnie teraz, dokładnie w tej chwili, bezpowrotnie odchodzi w przeszłość to co miało swoje źródła w moich najlepszych cechach i z czym wiązałem swoje największe nadzieje a jedyną osobą odpowiedzialną za to straszne wydarzenie jestem ja sam. Nadzieje zostały ostatecznie pogrzebane-zaczynałem nowe, gorsze, przepełnione goryczą życie bez złudzeń.
Dopiłem drinka i od razu nalałem sobie następnego; alkohol nakładał się na ogromne zmęczenie co razem powodowało senność. Za oknem świeciły się światła u sąsiadów, ulicą przejechał ostatni autobus-dzień dobiegał końca. Pomyślałem o Paulinie-pewnie cały czas na wspomnienie moich słów ma niezły ubaw a obraz Camelote już stoi w jej pokoju w towarzystwie zapisanych wierszami zeszytów, figurek z gliny, pięciolinii z nutami i pendrive’ów z filmami krótkometrażowymi. Stoi i dumnie reprezentuje SPRAWĘ którą Paulina odnalazła. Za oknem przeleciał nietoperz-uśmiechnąłem się na ten dosyć rzadki na moim osiedlu widok. Byłem tak nieprzytomny że nawet nie zauważyłem momentu w którym moja głowa wylądowała na stole, cała w kawałkach papieru-zdążyłem tylko odstawić szklankę tak żeby nie rozlała się jej zawartość, po czym momentalnie zasnąłem. Już nigdy nie miałem choćby zacząć szukać jakiejkolwiek sprawy.
Zapadła noc.
Piaseczno,9-27.08.2011
Szymon Majewski