Czy tego chcemy czy nie, wszyscy, mieszkańcy Ziemi, jesteśmy członkami jakichś narodów i grup etnicznych. Możemy od tego uciekać, nawet daleko, ale nasze
eskapistyczne próby zawsze pozostaną bezradne wobec żelaznych, niezmiennych reguł biologii która bezlitośnie zawsze przypomni nam o tym że urodziliśmy się jako Polacy, Francuzi,Kurdowie, Indonezyjczycy, Berberowie. Zresztą nie tylko biologii. Przypomną nam o tym także różne dziwne, nie do końca zrozumiałe, błąkające się gdzieś w rejonach podświadomości odruchy myślowe zalegające gdzieś na dnie naszych mózgów. Jakie to będą odruchy? Najróżniejsze, gama jest ogromna i może nie powinienem o nich wspominać żeby nie narazić się na zarzut ksenofobicznego, niepoprawnego, opartego na stereotypach myślenia...jednak nikt kto chwilę się nad tym zastanowi nie zaprzeczy że istnieją pewne mentalne ścieżki charakterystyczne dla różnych narodów. I właśnie dlatego niektóre narody uwielbiają pławić się we własnym cierpieniu, rozdrapywać swoje rany i napawać się swoją szlachetnością, szlachetnością kogoś wyjątkowego, predestynowanego do wyższych celów i przez wieki krzywdzonego po to by złożyć pewną ofiarę w imię wielkiej sprawy. Tacy właśnie moim zdaniem są Polacy i Żydzi i nie raz zastanawiałem się czy właśnie nie to osobliwe podobieństwo naszych myślowych odruchów-później przekształconych w oficjalne doktryny i poglądy wielu wpływowych ludzi reprezentujących nasze nacje-nie zadecydowały o jakiejś wrogości, wzajemnej pogardzie i braku zaufania zatruwającej stosunki polsko-żydowskie od lat. Tymczasem cierpimy na podobną, megalomańską przypadłość w naszym przypadku podpartą chociażby romantycznym mesjanizmem rodem z trzeciej części "Dziadów" a w przypadku Żydów legitymizowaną dokumentem przez miliony ludzi uważanym za natchniony przez Boga czyli Biblią i zawartym tam przekazie o narodzie wybranym. Skoro jesteśmy tacy podobni i dręczy nas podobny wirus-sprawiający że w Polsce po wielkim nieszczęściu jakim była katastrofa smoleńska zaczęły się szerzyć absurdalne teorie spiskowe o tym że polski prezydent-patriota został zamordowany przez premiera-zdrajcę do spółki z premierem Rosji a w Izraelu sprawiający że nie widać kresu rozbudowy żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu co tylko eskaluje napięte relacje żydowsko-palestyńskie i grozi wielką wojną-to powinniśmy sobie nawzajem pomagać jak dwóch chorych na raka wymieniających się doświadczeniami z chemioterapii i sposobami na to jak łatwiej ją znieść. Inny rodzaj megalomanii dokucza z kolei Amerykanom chociaż ci akurat nigdy nie czuli się pokrzywdzeni ale tak samo jak my, Polacy i Żydzi, są przekonani o swojej wyjątkowości i o tym że to oni dostali misję przewodnictwa na niespokojnym świecie i niesienia kagańca oświaty, demokracji i postępu słabym, zacofanym ludom co w przeważającej większości wypadków zawsze prowadziło do okrucieństw, rozlewu krwi, absurdu wojny a wreszcie wielkich festiwali hipokryzji i obłudy jakimi Amerykanie próbowali zasłaniać to za co byli odpowiedzialni. Wszyscy mamy odruchy myślowe które chyba nawet silniej niż geny i biologia decydują o tym że jesteśmy członkami jakichś narodowych wspólnot. Odruchy które możemy wypierać ale nigdy z całkowitą skutecznością bo jeżeli urodzimy się Polakiem, Norwegiem, Portugalczykiem czy Meksykaninem, to nigdy nie przestaniemy nim być, coś zawsze powróci jak fala która już odpłynęła ale ma zamiar uderzyć o brzeg ponownie.
Po co to wszystko piszę? Ten długi wstęp miał służyć pewnemu naświetleniu problemu jaki jest sednem mojego tekstu. Problemu patriotyzmu i tego do jakiego stopnia jest to coś żywego a do jakiego coś zakonserwowanego w pompatycznym graniczącym z kiczem i pretensjonalnością przekazie szkolno-kościelno-oficjalnym. Siłą rzeczy chcę tutaj rozważać tą problematykę w polskiej scenerii z prostego powodu;o naszym kraju wiem najwięcej ponieważ niezbadane wyroki losu zadecydowały o tym że urodziłem się tutaj jako syn Polaka i Polki i żyję tutaj od osiemnastu lat uważnie obserwując co dzieje się dookoła. Tak więc jak to jest? Może najpierw warto przyjrzeć się samemu wyrazowi 'patriotyzm'. Co on oznacza, jaka jest jego barwa, jego odcień, jakie przywołuje skojarzenia, co słyszymy, co widzimy, co czujemy w zetknięciu ze słowem 'patriotyzm'. Ja, zamykając oczy i powtarzając sobie w głowie ten wyraz staję się świadkiem jakiejś osobliwej, statycznej scenki, jest ona mocno zamazana i niewyraźna ale i tak dostrzegam jakiegoś ułana siedzącego na koniu i trzymającego w dłoni długi bagnet. Głowę ułana zdobi stylowa rogatywka, łypie spode łba groźnym wzrokiem ale po jego zaciętej minie widać że jest zdolny do największych poświęceń dla ojczyzny. Za ułanem wisi biały orzeł w koronie, symbol wszystkim doskonale znany. I tak właśnie wygląda w mojej głowie patriotyzm, taka jest jego wizualizacja. Co czuję patrząc na ten obrazek? Dumę, wzruszenie, coś jeszcze innego? Chyba nic z tego. Bardziej jakąś irytację. Irytację jednostronnością takiego obrazu, jego anachronicznością, tym że oczywiście musi mieć jakiś związek z militaryzmem, brakuje tylko jeszcze fruwającej nad ułanem Matki Boskiej broniącej swoimi niebiańskimi sztuczkami Warszawy przed bolszewicką zarazą...swoją drogą miks batalistyczno-religijny zawsze mnie śmieszył, wszak chrześcijaństwo potępia zabijanie, wzywa do miłosierdzia i nadstawiania drugiego policzka.
No więc nie podoba mi się ten patriotyzm. Dlaczego ten wyraz wygląda w mojej wyobraźni właśnie tak a nie inaczej? Dlaczego? Przecież jestem patriotą. Tak. Zastanawiałem się nad tym niejednokrotnie i czuję że jestem chociaż zdefiniowanie tego patriotyzmu będzie dla mnie sporym wyzwaniem. No ale o tym za chwilę, teraz chcę trochę ponarzekać. Ponarzekać na to że ten wyraz został zawłaszczony przez ten zakłamany szkolno-kościelno-oficjalny przekaz. Przekaz w którym patriotyzm sprowadza się do dokonań Piłsudskiego którego zresztą nie chcę też tutaj jakoś wielce deprecjonować, niepodległość jest wielkim dokonaniem-przekaz pełen hipokryzji, choćby tej jaką dostrzegam we wszystkich związkach militarno-religijnych. To właśnie te dwie obce mi siły,armia i Kościół, siły których nie lubię, którym nie ufam stały się depozytariuszami patriotyzmu co widać właściwie w każdą rocznicę 11 listopada czy nawet 3 maja. Jeżeli bycie Polakiem, Polakiem dumnym z tysiącletniej historii, zwycięstwa Mieszka I pod Cedynią, Jagiełły pod Grunwaldem, zdobycia Moskwy przez Mniszchów, konstytucji 3 Maja (notabene niegdyś uważanej za hańbę i zdradę narodowych ideałów przez ludzi którzy później sami okazali się prawdziwymi zdrajcami) a potem z Bitwy Warszawskiej ma oznaczać ślepy podziw dla defilujących przy Grobie Nieznanego Żołnierza na Placu Piłsudskiego w Warszawie żołnierzy czy też uczestnictwo w mszy za Jana Pawła II na tym samym placu-to nie chcę być Polakiem. Żołnierzy uważam za pozbawionych samodzielności myślenia ludzi którzy postanowili w imię niewiadomo jak rozumianej tradycji uczestniczyć w jakimś przebrzmiałym obyczaju rodem z epoki napoleońskiej sprowadzającym się w gruncie rzeczy do absurdu. Na dodatek trzymają naładowaną broń, wszak bez niej prawdziwie patriotyczny rytuał nie może się obejść! Zawsze przechodząc tamtędy zastanawiam się jakby zareagowali gdybym spróbował odpalić papierosa od ciągle płonącego tam ognia. Zostałbym zastrzelony za pogwałcenie narodowej świętości? A może dlatego że postanowiliby pozbyć się przyszłego obciążenia dla podatników którzy będą musieli później płacić za moje leczenie chorób wywołanych paleniem tytoniu? No ale dosyć głupich żartów. W mszy za pamięć Jana Pawła II co prawda wziąłem udział ale tylko dlatego że miałem wtedy 13 lat i nie byłem jeszcze samodzielny ani w tym co myślałem ani w tym co robiłem, dzisiaj na pewno bym się tam nie wybrał. Były papież zasługuje na szacunek za kilka spraw jakie załatwił, takich jak początek pojednania międzyreligijnego, pewne zasługi w obaleniu komunizmu (chociaż moim zdaniem jego rola w tej kwestii i tak jest wyolbrzymiana) ale równocześnie na krytykę za legitymizację krwawych reżimów jak ten Pinocheta w Chile, tłumienie dyskusji i demokracji w Kościele i jeszcze kilka innych kwestii. Tymczasem dla Polaków papież już dawno stał się jakimś narzędziem-przepraszam za brutalność formy ale chyba jest tutaj niezbędna-do intelektualno-mentalnej masturbacji naszego narodu. Dzięki Janowi Pawłowi możemy się poczuć fajni i wspaniali chociaż mało kto wie o czym tak naprawdę on mówił. Kult papieża sprowadza się do kultu jego wyobrażenia, wizji białego, dobrotliwego,czułego dziadziusia przytulającego dzieci i pozdrawiającego swoich rodaków. Słyszymy papieża mówiącego o kremówkach-ahhh, jakie to wzruszające, widzimy papieża stojącego przed góralskim zespołem coś mu przygrywającym, ahhh,jakie to jest piękne, to jest prawdziwa polskość! Nie czytamy papieskich encyklik a nawet jeśli to z założeniem że skoro napisał to nasz wielki Wojtyła z Wadowic to musi być to prawda. Zresztą nie jestem pierwszą osobą która o tym wspomina, problem ten był już poruszany przez wielu mądrzejszych ode mnie ludzi.
Jaki jest mój patriotyzm? Jak wygląda? Jak pachnie, jaką muzykę gra? No dobrze, więc może postaram się o przedstawienie tutaj jego obrazu. Zamykam oczy i myślę:mój patriotyzm, patriotyzm nowoczesny, dwudziestopierwszowieczny, wolny od katolicko-wojskowej zarazy. Zaczyna ukazywać mi się Europa. Jest zielona, biegnie od Skandynawii przez wybrzeże Bałtyku, Jutlandię, dalej linię brzegową krajów Beneluksu i Francji, po drugiej stronie kanału La Manche widnieje sceptyczna indywidualistka, Wielka Brytania,dalej Europa skręca przy Atlantyku w Portugalii żeby prawie pocałować się z Afryką na Gibraltarze i znowu biec brzegiem Morza Śródziemnego, wystawić długą, zgrabną łydkę w wysokim bucie w Italii, obiec dookoła Grecji i zamknąć się w Stambule nad brzegiem Bosforu. To ona, Europa, jest zielona, świeża, oddychająca i zachęcająca. A w niej jest Polska, Polska równa wśród w równych, Polska w niczym nie ustępująca Niemcom czy Francji, Polska która nie musi się wstydzić tego że historia trochę ciężej ją doświadczyła (tutaj akurat mówię o faktach a nie megalomanii i skłonności do wyolbrzymiania swojego cierpienia), Polska płodna, kreatywna, odważna, błyskotliwa. To ta Polska z której pochodzi Roman Polański, autor genialnych filmów, przyjaciel takich gigantów kina jak Bruce Lee czy Jack Nicholson, postrach kokieteryjnych, amerykańskich modeleczek, Polański z którego jestem dumny, jestem dumny z tego że jest moim rodakiem! Tak, jestem bardziej dumny z Polańskiego niż z Wojtyły. To ta Polska z której pochodzi wrocławski zespół Skalpel wydający swoje płyty w prestiżowej, brytyjskiej wytwórni Ninja Tune wiodącej prym w ambitnej, niszowej muzyce z gatunku nu-jazzu, instrumentalnego hip-hopu i elektroniki. To ta Polska której stolica, Warszawa jest miejscem w którym ciągle coś się dzieje i która niczym nie ustępuje na przykład Berlinowi, jest może tylko trochę mniejsza. To ta Polska której mieszkańcy są otwarci, tolerancyjni i uśmiechnięci, którzy nie cierpią na tą przeklętą, polską przypadłość polegającą na połączeniu poczucia niższości i kompleksów z poczuciem wyższości i pogardy wobec innych. Polacy z Polski którą kocham i z której jestem dumny i która jest dla mnie ważna ani nie żyją w ciągłym przekonaniu że Niemcy są od nas lepsi, mądrzejsi i bardziej cywilizowani ani w przekonaniu że nic tylko czekać aż kolejny Schlezwik-Holstein zawita na Westerplatte a wieża Zamku Królewskiego w Warszawie znowu zapłonie. Porzućmy tą całą narodowo-katolicko-militarystyczną retorykę, uwierzmy w to że jesteśmy Europejczykami, obywatelami świata a nie biednym, nieszczęśliwym narodzikiem którego nikt nie rozumie a który tak naprawdę jest szczególnie umiłowany przez niebiosa. To wszystko brzmi trywialnie, jak banał powtarzany przez wielu ludzi ale jakże prawdziwy i aktualny skoro ciągle obserwujemy jak silne jest to co cały czas nie pozwala nam w pełni stać się nowoczesnym społeczeństwem. Dlaczego katastrofa smoleńska która powinna naprawdę zjednoczyć Polaków-i przez chwilę wydawało się że tak będzie-stała się tylko doskonałą okazją do dalszego pławienia się w naszym przekonaniu o tym jacy to jesteśmy wiecznie krzywdzeni przez złych wrogów i zdradzani przez wszystkich dookoła? To bardzo smutne że cały czas w Polakach tkwią takie odruchy myślowe. Czekajmy aż sobie pójdą, tak samo jak wielu mądrych Żydów musi czekać aż ich pobratymcy przestaną ciągle żyć w cieniu niewoli egipskiej,babilońskiej, wygnania z Palestyny przez Rzymian czy wreszcie Holocaustu.
Tak, patriotyzm to ważna i aktualna sprawa. Przejmujmy się Polską, tym co się z nią dzieje, jaka będzie jej przyszłość, zabiegajmy o jej dobro ale proszę-z dala od tych wszystkich zużytych rekwizytów które męczymy od lat. Z dala od pompatycznej celebry z biskupami, z dala od defilad 15 sierpnia. Kult Powstania Warszawskiego akurat mi nie przeszkadza bo bardziej sprowadza się do uczczenia odważnych, walczących o wolność ludzi niż samej martwej idei. Kochajmy nasz kraj i bądźmy z niego dumni. Pamiętajmy że jesteśmy Europejczykami.
środa, 22 września 2010
niedziela, 27 czerwca 2010
Sam sobie odpowiedz na to pytanie
Trzy albo cztery osoby wystarczą. Więcej nie ma sensu bo wtedy cała operacja może nie przebiec w stu procentach zgodnie z zamierzeniami i oczekiwaniami wszystkich uczestników tego wydarzenia;kiedy ich liczba przekracza cztery bardzo łatwo zgubić niezbędne w tej sprawie zrozumienie i wtedy cała idea przyświecająca celowi gdzieś ucieka. Mniej osób? W zasadzie tak, większych przeciwwskazań nie ma, niemniej rezultat operacji będzie o wiele ciekawszy i bardziej inspirujący jeżeli dołączą jeszcze dwie następne. Wtedy, zakładając że team jest dobrze zgrany i każdy zadeklarował chęć uczestniczenia w tym projekcie świadomie i pewnie, możemy się spodziewać chwilami naprawdę imponujących wyników.
No dobrze. Pierwszy warunek spełniony; skład jest silny, zwarty i gotowy, wie czego chce, nie popada w tanie sentymenty, śmiało dąży do celu. Jest jednak i drugi warunek, kto wie czy nawet nie ważniejszy niż pierwszy;w końcu co po składzie jeśli brakuje TEGO instrumentu? TEN instrument ma tu najwięcej do powiedzenia; to on może zapewnić te wszystkie korzyści których oczekują uczestnicy projektu, bez niego nie da się dojść na finisz, bez niego nie da się nawet rozpocząć marszu w stronę mety! Krótko mówiąc, TO narzędzie jest słowem-kluczem, elementem najważniejszym, kamieniem węgielnym, podstawą podstaw, mitem założycielskim! Najszczersze chęci i mentalne starania do niczego się nie przydadzą bez skorzystania z tej dźwigni. I właśnie dlatego zastanowienie się nad tym skąd ją wziąć, gruntowne zastanowienie się, z rozważeniem wszystkich za i przeciw, jest tu nie do przecenienia.
Stajemy przed bardzo trudnym wyborem;wbrew pozorom możliwości jest wiele, poszukiwany instrument nie jest aż tak ciężki do zdobycia jak mogłoby się to wydawać niewtajemniczonym, przy odrobinie wysiłku i choćby kilku znajomościach możemy dotrzeć do całej palety odmian i modeli oczekiwanego narzędzia. Narzędzie jest towarem rynkowym tak więc podlega prawom rynku, może nie całkowicie ale jednak znacząco. Warto o tym pamiętać żeby nie dać się zwieść pięknym obietnicom i zapewnieniom dostawców z których każdy jest w gruncie rzeczy tylko biznesmenem a nie świętym mikołajem altruistycznie pragnącym nas uszczęśliwić. Każdy z dostawców będzie próbował przekonać nas o tym że to właśnie ofiarowany przez niego model instrumentu jest tym najwłaściwszym dla nas i spełniającym nasze wymagania. Należy zachować zdrowy rozsądek i chłodny sceptycyzm, dokładnie przemyśleć decyzję i w końcu wybrać ten model który w danej sytuacji najbardziej będzie nam pasował. Pomyślmy o doznaniach jakie chcemy uzyskać, na jakie ewentualne skutki uboczne bylibyśmy w stanie się zgodzić-i dopiero po tych wszystkich niezbędnych myślowych czynnościach (nie zapominajmy o konsultacji z resztą składu, decyzja musi zostać podjęta zgodnie z demokratycznymi procedurami, inaczej całe przedsięwzięcie może się okazać grą niewartą świeczki) śmiałym i radosnym gestem wręczmy wybranemu dostawcy magiczną, uniwersalną, stałą, niezmienną kwotę trzydziestu złotych za jeden egzemplarz instrumentu.
Osiągnęliśmy już tak dużo a jednak wciąż tak niewiele. Jak to?-zapyta rozczarowany, nieświadomy laik-przecież wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, skład jest gotowy, instrument został wybrany po starannym namyśle, dlaczego wciąż nie możemy rozpocząć operacji? Drogi laiku, moim przykrym obowiązkiem jako autora tej instrukcji jest poinformowanie Cię o pewnej smutnej i dokuczliwej sprawie-zadanie którego razem ze swoimi kompanami masz zamiar się podjąć należy do czynności z niezrozumiałych powodów społecznie i prawnie nieakceptowanych. Rozważania na temat przyczyn takiego stanu rzeczy, uzasadnień, genezy zostawmy na inną okazję, nie im ten tekst miał być poświęcony. Nasz ludzki świat jest pełen zaskakujących absurdów o których można a nawet trzeba pisać pasjonujące eseje, ale to nie jest jeden z nich i nie miał nim być. Dlatego odpowiedzi na pytanie czemuż to nie możemy poświęcić się operacji w pełnym poszanowaniu polskiego prawa, będziesz musiał, drogi czytelniku, poszukać na własną rękę, moje zadanie jest inne. Chcę Cię uwrażliwić na to że przygotowania do przeprowadzenia całej akcji a później ona sama, muszą zostać podjęte w sposób bardzo ostrożny. Przezorny zawsze ubezpieczony, głosi stara , ludowa mądrość i właśnie dlatego pamiętajmy o względach bezpieczeństwa.Nikt nie lubi być zatrzymywany i szykanowany przez policję tudzież inne służby mundurowe zatem by uniknąć tych nieprzyjemnych momentów biorąc się do realizacji projektu zachowujmy świadomość że przedstawiciele ładu i porządku mają wiele sposobów na przyłapanie nas na tym co dla nich jest niecnym procederem a dla nas stanowi esencję chwili. Szczególnie ważne jest niedopuszczenie do sytuacji w których instrument, najważniejszy, niezbędny element przedsięwzięcia, wpada w ręce funkcjonariuszy służb. Ta niemiła ewentualność oznacza fiasko projektu, co więcej, prowadzi do niepożądanych konsekwencji karnych. Jeżeli instrument zostanie całkowicie zużyty i nie będzie po nim żadnych śladów-oczywiście nie mam na myśli tych zapisujących się w naszych głowach, przecież to one są celem i dążeniem całego teamu-teoretycznie a także praktycznie nikt nie może nam nic zrobić, wtedy pozostaje nam już tylko radość i przepełnione dojrzałym szczęściem branie udziału w operacji.
Ten moment już nadszedł. Wybiła ta godzina. Nikt już nam nie zabierze tej okazji, chyba że sami to zrobimy, ale z tak pochłaniającego wydarzenia mało kto rezygnuje w ostatniej chwili. Cały skład jest w jednym miejscu-nieprzypadkowym-środki bezpieczeństwa działają sprawnie, nic nam nie grozi. Panuje podniosła atmosfera, wcześniejsze podniecenie i dowcipkowanie zastąpiły spokój i powaga. Uczestnicy projektu stoją blisko siebie i powoli, z namaszczeniem, wzrokiem utkwionym w dali, przekazują sobie instrument z rąk do rąk, wcześniej jak najintensywniej go używając. W tym momencie organizmy reagują na moc narzędzia przede wszystkim kaszlem świadczącym o tym że narzędzie zostało dobrze i profesjonalnie wykorzystane. Kaszel jest zwiastunem nadciągających efektów na które będziemy czekać już tylko jakieś dwie minuty. Nikt nie chce przyjąć do wiadomości faktu że instrument w szybkim tempie się kurczy, jest go coraz mniej; każdy pragnie oszukać tą prawdę desperacką próbą wykrzesania z niesamowitego gadżetu jeszcze jakiejś aktywności. Za którymś razem staje się to już niemożliwe, musimy się poddać-ale jest to jedna z piękniejszych kapitulacji jakie poznała ludzkość. Członkowie teamu powoli się rozchodzą, każdy zajmuje jakieś miejsce, napięcie wisi w powietrzu-kto pierwszy zdradzi objawy działania instrumentu tym samym zapalając zielone światło reszcie? Rozstrzygnięcie tego konkursu następuje szybko, ktoś nareszcie daje sygnał że już naprawdę pora zacząć-i wtedy zniewalająca fala zalewa umysły wszystkich by przez kilka następnych godzin mamić ich swoimi przypływami i odpływami-nadszedł Natty Dreadlock.
Warszawa/Wołowiec 23.06.2010 -27.06.2010 01:01
No dobrze. Pierwszy warunek spełniony; skład jest silny, zwarty i gotowy, wie czego chce, nie popada w tanie sentymenty, śmiało dąży do celu. Jest jednak i drugi warunek, kto wie czy nawet nie ważniejszy niż pierwszy;w końcu co po składzie jeśli brakuje TEGO instrumentu? TEN instrument ma tu najwięcej do powiedzenia; to on może zapewnić te wszystkie korzyści których oczekują uczestnicy projektu, bez niego nie da się dojść na finisz, bez niego nie da się nawet rozpocząć marszu w stronę mety! Krótko mówiąc, TO narzędzie jest słowem-kluczem, elementem najważniejszym, kamieniem węgielnym, podstawą podstaw, mitem założycielskim! Najszczersze chęci i mentalne starania do niczego się nie przydadzą bez skorzystania z tej dźwigni. I właśnie dlatego zastanowienie się nad tym skąd ją wziąć, gruntowne zastanowienie się, z rozważeniem wszystkich za i przeciw, jest tu nie do przecenienia.
Stajemy przed bardzo trudnym wyborem;wbrew pozorom możliwości jest wiele, poszukiwany instrument nie jest aż tak ciężki do zdobycia jak mogłoby się to wydawać niewtajemniczonym, przy odrobinie wysiłku i choćby kilku znajomościach możemy dotrzeć do całej palety odmian i modeli oczekiwanego narzędzia. Narzędzie jest towarem rynkowym tak więc podlega prawom rynku, może nie całkowicie ale jednak znacząco. Warto o tym pamiętać żeby nie dać się zwieść pięknym obietnicom i zapewnieniom dostawców z których każdy jest w gruncie rzeczy tylko biznesmenem a nie świętym mikołajem altruistycznie pragnącym nas uszczęśliwić. Każdy z dostawców będzie próbował przekonać nas o tym że to właśnie ofiarowany przez niego model instrumentu jest tym najwłaściwszym dla nas i spełniającym nasze wymagania. Należy zachować zdrowy rozsądek i chłodny sceptycyzm, dokładnie przemyśleć decyzję i w końcu wybrać ten model który w danej sytuacji najbardziej będzie nam pasował. Pomyślmy o doznaniach jakie chcemy uzyskać, na jakie ewentualne skutki uboczne bylibyśmy w stanie się zgodzić-i dopiero po tych wszystkich niezbędnych myślowych czynnościach (nie zapominajmy o konsultacji z resztą składu, decyzja musi zostać podjęta zgodnie z demokratycznymi procedurami, inaczej całe przedsięwzięcie może się okazać grą niewartą świeczki) śmiałym i radosnym gestem wręczmy wybranemu dostawcy magiczną, uniwersalną, stałą, niezmienną kwotę trzydziestu złotych za jeden egzemplarz instrumentu.
Osiągnęliśmy już tak dużo a jednak wciąż tak niewiele. Jak to?-zapyta rozczarowany, nieświadomy laik-przecież wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, skład jest gotowy, instrument został wybrany po starannym namyśle, dlaczego wciąż nie możemy rozpocząć operacji? Drogi laiku, moim przykrym obowiązkiem jako autora tej instrukcji jest poinformowanie Cię o pewnej smutnej i dokuczliwej sprawie-zadanie którego razem ze swoimi kompanami masz zamiar się podjąć należy do czynności z niezrozumiałych powodów społecznie i prawnie nieakceptowanych. Rozważania na temat przyczyn takiego stanu rzeczy, uzasadnień, genezy zostawmy na inną okazję, nie im ten tekst miał być poświęcony. Nasz ludzki świat jest pełen zaskakujących absurdów o których można a nawet trzeba pisać pasjonujące eseje, ale to nie jest jeden z nich i nie miał nim być. Dlatego odpowiedzi na pytanie czemuż to nie możemy poświęcić się operacji w pełnym poszanowaniu polskiego prawa, będziesz musiał, drogi czytelniku, poszukać na własną rękę, moje zadanie jest inne. Chcę Cię uwrażliwić na to że przygotowania do przeprowadzenia całej akcji a później ona sama, muszą zostać podjęte w sposób bardzo ostrożny. Przezorny zawsze ubezpieczony, głosi stara , ludowa mądrość i właśnie dlatego pamiętajmy o względach bezpieczeństwa.Nikt nie lubi być zatrzymywany i szykanowany przez policję tudzież inne służby mundurowe zatem by uniknąć tych nieprzyjemnych momentów biorąc się do realizacji projektu zachowujmy świadomość że przedstawiciele ładu i porządku mają wiele sposobów na przyłapanie nas na tym co dla nich jest niecnym procederem a dla nas stanowi esencję chwili. Szczególnie ważne jest niedopuszczenie do sytuacji w których instrument, najważniejszy, niezbędny element przedsięwzięcia, wpada w ręce funkcjonariuszy służb. Ta niemiła ewentualność oznacza fiasko projektu, co więcej, prowadzi do niepożądanych konsekwencji karnych. Jeżeli instrument zostanie całkowicie zużyty i nie będzie po nim żadnych śladów-oczywiście nie mam na myśli tych zapisujących się w naszych głowach, przecież to one są celem i dążeniem całego teamu-teoretycznie a także praktycznie nikt nie może nam nic zrobić, wtedy pozostaje nam już tylko radość i przepełnione dojrzałym szczęściem branie udziału w operacji.
Ten moment już nadszedł. Wybiła ta godzina. Nikt już nam nie zabierze tej okazji, chyba że sami to zrobimy, ale z tak pochłaniającego wydarzenia mało kto rezygnuje w ostatniej chwili. Cały skład jest w jednym miejscu-nieprzypadkowym-środki bezpieczeństwa działają sprawnie, nic nam nie grozi. Panuje podniosła atmosfera, wcześniejsze podniecenie i dowcipkowanie zastąpiły spokój i powaga. Uczestnicy projektu stoją blisko siebie i powoli, z namaszczeniem, wzrokiem utkwionym w dali, przekazują sobie instrument z rąk do rąk, wcześniej jak najintensywniej go używając. W tym momencie organizmy reagują na moc narzędzia przede wszystkim kaszlem świadczącym o tym że narzędzie zostało dobrze i profesjonalnie wykorzystane. Kaszel jest zwiastunem nadciągających efektów na które będziemy czekać już tylko jakieś dwie minuty. Nikt nie chce przyjąć do wiadomości faktu że instrument w szybkim tempie się kurczy, jest go coraz mniej; każdy pragnie oszukać tą prawdę desperacką próbą wykrzesania z niesamowitego gadżetu jeszcze jakiejś aktywności. Za którymś razem staje się to już niemożliwe, musimy się poddać-ale jest to jedna z piękniejszych kapitulacji jakie poznała ludzkość. Członkowie teamu powoli się rozchodzą, każdy zajmuje jakieś miejsce, napięcie wisi w powietrzu-kto pierwszy zdradzi objawy działania instrumentu tym samym zapalając zielone światło reszcie? Rozstrzygnięcie tego konkursu następuje szybko, ktoś nareszcie daje sygnał że już naprawdę pora zacząć-i wtedy zniewalająca fala zalewa umysły wszystkich by przez kilka następnych godzin mamić ich swoimi przypływami i odpływami-nadszedł Natty Dreadlock.
Warszawa/Wołowiec 23.06.2010 -27.06.2010 01:01
KILKA SŁÓW
Nazywam się tak i tak, urodziłem się tu i tu; wydaje mi się że w gruncie rzeczy nie ma to aż tak wielkiego znaczenia. Myślę że gdybym od zawsze żył zupełnie gdzie indziej, pod inną szerokością geograficzną, wychowany w całkowicie odmiennych warunkach-esencja byłaby taka sama, pomijając różne detale i naleciałości które w istocie nie odgrywają większej roli i tak naprawdę są tylko czysto kosmetyczne. Wszyscy poruszamy się po jednej, wspólnej płaszczyźnie która co jakiś czas i co jakąś odległość trochę zmienia swój charakter ale jej fundamenty i pierwotne założenia wciąż są identyczne. Im więcej wiem i im więcej widzę, tym bardziej przychylam się do takiej opinii.
Zdecydowanie mógłbym być bardziej udany-prawda, ale również zdecydowanie mógłbym być o wiele mniej udany. Są momenty w których bliżej mi do pierwszej z tych obu konkluzji, są momenty kiedy dzieje się na odwrót; rozważania na temat tego do jakiego stopnia jestem udany a do jakiego nie to jedno z moich głównych życiowych zajęć i to od dawna, przypuszczam że chyba nigdy nie zajmę tutaj jasnego, sprecyzowanego stanowiska i że już zawsze będę bezowocnie roztrząsał tą kwestię. Chyba zresztą niepotrzebnie ale lubię myśleć.
Jestem teraz w Stambule, dawnej stolicy Cesarstwa Bizantyjskiego a później Imperium Otomańskiego, ale nie przywiązywałbym w tym momencie do tego większej wagi; jest to oczywiście niezwykle ciekawe miasto o którym można by bardzo długo i bardzo ciekawie gawędzić rozkładając je na czynniki pierwsze, ale w tym kontekście tylko potwierdza moją początkową tezę o uniwersalności wszystkiego. Ważniejsze i bardziej frapujące wydaje mi się teraz coś innego; piszę ten tekst długopisem kupionym dzisiaj na stambulskiej ulicy od biednej, małej dziewczynki bezradnie kluczącej między tłumami turystów, zaczepiającej ich dziecięcym paplaniem po turecku którego oczywiście zupełnie nie rozumiałem, ale domyślam się że niczym nie różniło się od zawodzenia tysięcy innych biednych, z trudem wiążących koniec z końcem handlarzy na całej planecie, najczęściej bez rezultatów nagabujących przechodniów (znowu ten uniwersalizm). Raz na jakiś czas w którymś z tych przechodniów-nieważne czy mówimy o Warszawie, Kijowie, San Francisco, Wenecji czy Stambule-odezwie się uczucie powszechnie nazywane litością a w jego sercu drgnie jakaś struna nakazująca mu pochylenie się nad losem tego który ma gorzej-ale co dalej? Naprawdę wrażliwy człowiek nigdy nie znajdzie odpowiedzi na takie pytanie; oczywiście możemy stwarzać masę teorii głoszących że tak było, jest i będzie, teorii bardzo często trafnych i słusznych-ale to chyba i tak za mało, zawsze pozostanie ta niepewność i dyskomfort, dlaczego u mnie poza tym że czasami brakuje mi na szlugi i że jestem zagrożony z chemii wszystko jest ok, a małe dziecko musi sprzedawać cudzoziemcom kupione wcześniej drożej długopisy pozbawiając się prze to tej całej mitycznej, a jednak prawdziwej i uniwersalnej beztroski która w jego wieku była moim udziałem? Dla tej dziewczynki już nie. Dałem jej za ten długopis jedną lirę, na pewno o wiele więcej niż jest wart, jedna lira to chyba sporo drożej niż jeden złoty. Nie piszę tego z ukrytą intencją pokazania siebie w takim dobrym świetle,jako wspaniałomyślnego, hojnego filantropa o wielkim sercu-tak naprawdę jestem tylko kolejną osobą która przez chwilę podda się takim refleksjom a potem wróci do swojego przyjemnego, przytulnego życia. Czy to znaczy że jesteśmy winni, odpowiedzialni? Nie, to z kolei zbyt melodramatyczne i naciągane. Ciężka sprawa, jak zresztą większość spraw.
Dochodząca godzina druga nad ranem, senność, zmęczenie po całym dniu łażenia po mieście, czekający na dole ojciec-to wszystko powinno mnie teraz skłonić do położenia się spać, ale za rzadko piszę z taką swobodą i lekkością jak tej nocy żeby móc sobie pozwolić na przegapienie takiego momentu. Za sobą mam okno z widokiem na Morze Marmara, azjatycka część Stambułu przyjaźnie mruga swoimi światłami. Przed sobą mam lodówkę i telewizor, na ścianie wisi duża mapa Turcji, obok niej na blacie stoi urządzenie które służy chyba do robienia herbaty. Na parapetach leżą różne mapy, przewodniki i ulotki reklamujące lokalne atrakcje. Zawsze irytowało mnie to że nie potrafiłem naprawdę realistycznie oddać mnóstwa rzeczy pisząc, wkurzałem się na brak środków potrzebnych do takiego odwzorowania, ale ten próbny, celowy opis wyszedł mi chyba nieźle, spodziewałem się gorszych efektów. Cały ten tekst jest tylko próbą, staraniami o złapanie wiatru w żagle, treningiem przed długim biegiem, biegiem co do którego ciągle nie mam pewności czy naprawdę chcę i powinienem brać w nim udział, ale czuję że jeżeli nie wezmę to nigdy nie będę naprawdę spełniony. Ten bieg nazywa się pisanie.
Morzem Marmara przepłynęła jakaś łódź. Nie jest to jeszcze prawdziwe morze tylko jakiś przesmyk, korytarz łączący ten akwen z cieśniną Bosfor i zatoką Złoty Róg. Mewy przez chwilę pokrzyczały, teraz słyszę tylko zegar i lodówkę. Chyba wystarczy.
Stambuł, 24.05.2010 r. 01:57
Zdecydowanie mógłbym być bardziej udany-prawda, ale również zdecydowanie mógłbym być o wiele mniej udany. Są momenty w których bliżej mi do pierwszej z tych obu konkluzji, są momenty kiedy dzieje się na odwrót; rozważania na temat tego do jakiego stopnia jestem udany a do jakiego nie to jedno z moich głównych życiowych zajęć i to od dawna, przypuszczam że chyba nigdy nie zajmę tutaj jasnego, sprecyzowanego stanowiska i że już zawsze będę bezowocnie roztrząsał tą kwestię. Chyba zresztą niepotrzebnie ale lubię myśleć.
Jestem teraz w Stambule, dawnej stolicy Cesarstwa Bizantyjskiego a później Imperium Otomańskiego, ale nie przywiązywałbym w tym momencie do tego większej wagi; jest to oczywiście niezwykle ciekawe miasto o którym można by bardzo długo i bardzo ciekawie gawędzić rozkładając je na czynniki pierwsze, ale w tym kontekście tylko potwierdza moją początkową tezę o uniwersalności wszystkiego. Ważniejsze i bardziej frapujące wydaje mi się teraz coś innego; piszę ten tekst długopisem kupionym dzisiaj na stambulskiej ulicy od biednej, małej dziewczynki bezradnie kluczącej między tłumami turystów, zaczepiającej ich dziecięcym paplaniem po turecku którego oczywiście zupełnie nie rozumiałem, ale domyślam się że niczym nie różniło się od zawodzenia tysięcy innych biednych, z trudem wiążących koniec z końcem handlarzy na całej planecie, najczęściej bez rezultatów nagabujących przechodniów (znowu ten uniwersalizm). Raz na jakiś czas w którymś z tych przechodniów-nieważne czy mówimy o Warszawie, Kijowie, San Francisco, Wenecji czy Stambule-odezwie się uczucie powszechnie nazywane litością a w jego sercu drgnie jakaś struna nakazująca mu pochylenie się nad losem tego który ma gorzej-ale co dalej? Naprawdę wrażliwy człowiek nigdy nie znajdzie odpowiedzi na takie pytanie; oczywiście możemy stwarzać masę teorii głoszących że tak było, jest i będzie, teorii bardzo często trafnych i słusznych-ale to chyba i tak za mało, zawsze pozostanie ta niepewność i dyskomfort, dlaczego u mnie poza tym że czasami brakuje mi na szlugi i że jestem zagrożony z chemii wszystko jest ok, a małe dziecko musi sprzedawać cudzoziemcom kupione wcześniej drożej długopisy pozbawiając się prze to tej całej mitycznej, a jednak prawdziwej i uniwersalnej beztroski która w jego wieku była moim udziałem? Dla tej dziewczynki już nie. Dałem jej za ten długopis jedną lirę, na pewno o wiele więcej niż jest wart, jedna lira to chyba sporo drożej niż jeden złoty. Nie piszę tego z ukrytą intencją pokazania siebie w takim dobrym świetle,jako wspaniałomyślnego, hojnego filantropa o wielkim sercu-tak naprawdę jestem tylko kolejną osobą która przez chwilę podda się takim refleksjom a potem wróci do swojego przyjemnego, przytulnego życia. Czy to znaczy że jesteśmy winni, odpowiedzialni? Nie, to z kolei zbyt melodramatyczne i naciągane. Ciężka sprawa, jak zresztą większość spraw.
Dochodząca godzina druga nad ranem, senność, zmęczenie po całym dniu łażenia po mieście, czekający na dole ojciec-to wszystko powinno mnie teraz skłonić do położenia się spać, ale za rzadko piszę z taką swobodą i lekkością jak tej nocy żeby móc sobie pozwolić na przegapienie takiego momentu. Za sobą mam okno z widokiem na Morze Marmara, azjatycka część Stambułu przyjaźnie mruga swoimi światłami. Przed sobą mam lodówkę i telewizor, na ścianie wisi duża mapa Turcji, obok niej na blacie stoi urządzenie które służy chyba do robienia herbaty. Na parapetach leżą różne mapy, przewodniki i ulotki reklamujące lokalne atrakcje. Zawsze irytowało mnie to że nie potrafiłem naprawdę realistycznie oddać mnóstwa rzeczy pisząc, wkurzałem się na brak środków potrzebnych do takiego odwzorowania, ale ten próbny, celowy opis wyszedł mi chyba nieźle, spodziewałem się gorszych efektów. Cały ten tekst jest tylko próbą, staraniami o złapanie wiatru w żagle, treningiem przed długim biegiem, biegiem co do którego ciągle nie mam pewności czy naprawdę chcę i powinienem brać w nim udział, ale czuję że jeżeli nie wezmę to nigdy nie będę naprawdę spełniony. Ten bieg nazywa się pisanie.
Morzem Marmara przepłynęła jakaś łódź. Nie jest to jeszcze prawdziwe morze tylko jakiś przesmyk, korytarz łączący ten akwen z cieśniną Bosfor i zatoką Złoty Róg. Mewy przez chwilę pokrzyczały, teraz słyszę tylko zegar i lodówkę. Chyba wystarczy.
Stambuł, 24.05.2010 r. 01:57
Subskrybuj:
Posty (Atom)